Rozmowy nieklejące się w ogóle …
To zadziwiające. Bo wiele rzeczy nie dzieje się.
Cisza jest pomieszana w kostki cukru, dwanaście łyżeczek i swoistą nieruchomość cielesną.
Uprawiasz Sen.
Wieje.
W trzecią kawę wpleciona jest głośna muzyka. Potem, kontemplując nudę swojego mieszkania, przeglądam stare płyty.
To fascynujące, że można zarejestrować kilka lat swojego życia i umieścić na takim małym, lśniącym krążku, a potem sobie odtwarzać i śmiać się cicho pod nosem.
Z całej tej głupoty ułożonej w rząd koślawych uśmiechów i prób ubarwiania swojej rzeczywistości. I z tej rozbuchanej kreatywności, która w chwili obecnej wydaje się być zupełnie nie do końca na miejscu. Na swój sposób trochę śmieszno-pompatyczne czasy.
Kilka zdjęć sprzed, wydawałoby się, wieków ;)
Krótka historia o posuwaniu z nutką grafomaństwa w tle
Istota „posuwania” może wydawać się bardziej skomplikowana, niż jest w rzeczywistości.
Już w pierwszej chwili, po usłyszeniu tego słowa większość przeciętnych ludzi oczami wyobraźni widzi godzinę dwudziestą trzecią, bramę podwórkową wielkiej metropolii i dwudziestoparolatka w dresie firmy „ododios”, które swoimi siedmioma paskami budzą szacunek na dzielnicy, posuwającego różową i głośno sapiącą koleżankę swojej naiwnej dziewczyny, czekającej na niego kilka przecznic dalej. Potem ona zapyta czemu tak długo?, a on odpowie bo się zagadałem, kurwa.
A jak daleko można „posunąć się” w fotografii? Co w dzisiejszym, i tak już dziwacznym, świecie może jeszcze zaskoczyć?
Coraz częściej dochodzę do wniosku, o którym już albo pisałem, albo wielokrotnie komuś mówiłem – że pięćdziesiąt lat temu (?) można było wzlecieć na fotograficzne wyżyny, gdzie panowała inna mentalność dzięki czemu Sukces był na wyciągnięcie ręki – tylko trzeba było znaleźć się w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze.
Sam z chęcią udałbym się w trasę koncertową z The Rolling Stones i nawet wciągałbym z nimi, w imię sztuki, te tony heroiny zwiniętymi studolarowymi banknotami, tak jak Leibovitz. (Czy w dzisiejszych czasach wsadzenie murzynki do wanny pełnej mleka byłoby kontrowerysjne? Nie sądzę.)
Albo zamieszkał w suterenie i uprawiał orgie z fotogenicznymi paniami w rozmiarze xxl, które potem rozbierając się przed obiektywem uskuteczniałyby mój absurd piętrzący się między zwojami mózgopodobnej substancji w głowie – też miałbym swoją słynną i brudną „piwniczą” ścianę jak czeski Saudek.
No cóż, pieprzę? Nie wiem.
Są nas tysiące, ba, miliony nawet – i zrobić coś, co na chwilę zatrzyma, jest niezwykle ciążką sprawą.
Bliski mi absurd – sztuka fotograficzna na pograniczu kiczu, atrakcyjność całości tłumaczę sobie możliwościami. Bo można absolutnie wszystko i wszędzie.
Czasami realizuję pojedyncze obrazy z głowy, bez większego przekazu artystycznego czy podwójnego dna – nie zdarza mi się uzupełniać jednej sztuki serią, a na pytania co autor miał na myśli parskam śmiechem, Ty mi powiedz co autor miał na myśli i wszystko będzie cacy :)
Już dawno nie fotografowałem samego siebie – brak czasu, ochoty, pomysłu? Ale idzie jesień – oficjalny sponsor weny twórczej artystów wszytkich płaszczyzn, więc pewnie nadrobię.
Autoportrety. Absurd. Choas. I szukam tych granic, ciągle szukam posuwając się ostrożnym krokiem do przodu.
Bastet
O Bastet mógłbym napisać historię rodem z zagranicznych, niszowych filmów o trudnej sztuce miłości.
Mógłbym ją napisać i zastanawiać się czy ta historia, aby na pewno jest prawdziwa.
I czy na pewno zdarzyło mi się spotkać tę kobietę.
Poznaliśmy się kilka lat temu w jednej z rosyjskich restauracji, gdzie Bastet śpiewała stare piosenki Edit Piaf kulejącym francuskim.
Dość absurdalnie.
Tuż po jej występie wyciągnąłem aparat, żeby pstryknąć zdjęcie i w tym momencie ona powiedziała coś w stylu „Ja haczu jeszczo…”, co miało najwyraźniej znaczyć, że chce jeszcze i więcej.
Bastet była jak kot – piękna, niezależna.
Nasza znajomość była bardzo krótka, aczkolwiek intensywna.
Po tych zdjęciach, już nigdy więcej jej nie spotkałem.
;)
Zdjęcia przeleżały na komputerze kilka lat.
Galeria E66 / pracownie artystyczne
Przy okazji swojego sierpniowego urlopu postanowiłem zapakować kilka członków rodziny do samochodu i udać się w stronę województwa warmińsko-mazurskiego na rodzinne spożywanie trunków wysokoprocentowych i delektowanie się mazurską ciszą trwającą pomiędzy drzewami, polami i jeziorami.
I tak wlokąc się w stronę, wiecznie remontowanej krajowej siódemki i upominając rodzinnego kierowcę, żeby uważał na wszystkich drogowych kretynów, wzrokiem poszukiwałem ciekawych temtów do sfotografowania. I w taki oto sposób moim oczom ukazała się różowa, jak mi się wydawało, pantera.
Pantera trwała milcząco za zardzewiałym płotem, pilnując wejścia do zniszczonego budynku, miała na sobie okulary i z bliska bardziej wyglądała jak lwica niż pantera. Ale to jest nie ważne.
Po weekendzie na Mazurach, zwerbowałem koleżankę Katarzynę i razem udaliśmy się do Gdańska na bliższą i głębszą kontemplację owego zjawiska, jakim potem okazało się całe miejsce.
Zwiedzanie zaczęło się wdrapaniem na parapet otwartego okna i wpełźnięciem do środka.
Potem było już tylko lepiej. Po skorzystaniu z plenerowej łazienki, umyciu rąk i spuszczeniu wody w ubikacji udaliśmy się zwiedzać wszystko inne.
Pewnej sztuki nie rozumiem, ale wystarczy mi samo patrzenie na nią.
Cały budynek pokryty był fantastycznymi graffiti.
Wgłębiając się coraz bardziej w zaplecza nasze oczy robiły się, można rzec, wyłupiaste z zachwytu. W między czasie pojawiło się tajemnicze szuranie.
Zaglądając przez wielkie, brudne okna widzieliśmy mnóstwo dziwnych, małych pokoików i zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba poszukać jakiegoś legalnego wejścia do środka. Zaglądając przez uchylone okno, z którego słychać było tajemnicze szuranie zobaczyłem tajemniczą kobietę, która w równie tajemniczej pozycji na kolanach tajemniczo szurała bliżej niezidentyfikowanym, tajemniczym narzędziem. Śmiertelnie przerażona, że jej ktoś w okno zagląda wpuściła nas do środka w celach fotograficznych.
Pomijając nasze ochy i achy, oraz dialogi które odbywaliśmy pomiędzy wcześniej wymieniownymi okazało się, że znajdujemy się w Galerii E66 połączonej z pracowniami artystycznymi studentów Akademii Sztuk Pięknych. Pomysł prześwietny, osobiście jestem zachwycony całą ideą, którą rozpoczął Andrzej Stelmasiewicz – prezes Fundacji Wspólnota Gdańska. Myślę, że takiej hali magazynowej nie można było lepiej zagospodarować. I jeszcze tam wrócę!
Plener ślubny Eweliny i Marcina
W przedsamku dzisiejszej atmosfery ślubu Pawła i Agnieszki, pozwolę sobie wrzucić kilka zdjęć młodej pary, której ślub odbył się na początku sierpnia.
I choć zdjęcia Eweliny i Marcina gotowe były już w tym samym tygodniu co ślub – dopiero teraz, z racji kilku chwil wolnego, mogę je zaprezentować.
Młoda para chciała poszaleć dość niesztampowo przed obiektywem, więc dogadywaliśmy się w sposób cudowny. Plener częściowo realizowany był w starych magazynach ukrytych w zakamarkach Gdyni.
Foldery ze zdjęciami pękają w szwach – czasami żałuję, że doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny.
Lekkie zabarwienie ślimakowe
Skłamię jeśli napiszę, że planowałem te zdjęcia.
Dobrym przykładem przypadku w fotografii jest sam Nicéphore Niépce – uważany za ojca prafotografii. Dlaczego? Bo i u niego wszystko działo się przypadkiem i gdyby nie On, myślę, nie fotografowalibyśmy.
Przekonany jestem, że gdzieś w świecie na pewno istnieją takie zdjęcia, że ktoś już wpadł na taki pomysł i uskutecznił go na swój sposób. Sfotografowano już chyba wszystko – teraz można tylko nadrabiać postprodukcją i bawiąc się środkami artystycznego przekazu dopełniać obraz swoim „widzimisię”. Na zdjęciach Ewelina zwana Pigułą z Gdyni, gościnnie wystąpili też Kasia i Bastian.
Kasia na tych zdjęciach jest zjawiskowa pod każdym każdym.
I na koniec Bastian, który zdecydował się na sesje na zasadzie Time For Print.
Oprócz udział w moim tzw. wyziewie artystycznym, załapał się też na kilka zdjęć portretowych bez ślimakowych wspomagaczy.
I na koniec jeszcze Kasia.
Udanego weekendu wszystkim!
I Bóg …
I Bóg stworzył koty niebieskie, nieczułe i zimne, flegmatycznie przyglądające się ogółowi.
Moja rzeczywistość jest w chwili obecnej powyginana, mieści się w łupinie jednego słowa, może dwóch.
Obrazowanie
Poszukiwania snu, toczę półuśmiech. Magiczne herbaty, rozciągnięte w horyzoncie ust słowa, popełnianie. Nadinterpretacja małości.
Nie lubię ściemniać i wymyślać historii dotyczących swoich zdjęć.
Czasami mam w głowie obraz, który muszę zrealizować – obraz bez większego przekazu merytorycznego, znaczenia czy metafory.
Po prostu.
Stylizowała tapirując – Ewa Klepacka.
Zadziwiająco dużo rzeczy, dzieje się
Czasami żałuję, że w dobie tak mało godzin – ale tylko czasami :)
(…)Czasami się staczam. Myślowo.
Umiejętnie drążąc dziurę w brzuchu i równie umiejętnie oszukując się, że potrafię więcej niż w rzeczywistości.
Staczanie się jest umiarkowanie łatwe, wystarczy nie pomalować ust przez jeden dzień, paznokci, nie umyć twarzy.
Wystarczy krzywy uśmiech rzucony w stronę nieba, fałszywie napoczęty dzień w kawałkach rozwalający się pod wpływem tego uśmiechu. I staczam się tak łatwo, że aż radośnie.
Łatwiej wszystko robić nieświadomie przecież – zdaję sobie sprawę, że nie tak ma być, i że nie o to mi chodzi.
Tak naprawdę.
Uspokaja mnie krzyk, dzisiaj. Serce, słowa, łzy i wszystko inne, którym się przykrywam.
Piguła z Gdyni
O Pigule z Gdyni krążą internetowe legendy, sposób w jaki jest odbierana przez większość ludzi utwierdził mnie w przekonaniu, że ma więcej przeciwników, niż zwolenników. Myślę, że sama Piguła zdaje sobie sprawę z tego faktu.
Nazywana dziwką, głupią szmatą, popierdoleńcem i pochodnymi, które układają się w potok mało przyjaźnie brzmiących słów – wytrwale trwa w swoim postanowieniu bycia sławną.
Zaproponowałem spontaniczne zdjęcia – bo niby dlaczego nie?
Należę do ludzi, którzy nie mają w zwyczaju oceniania drugiego człowieka, przez pryzmat (w tym wypadku) kilkuminutowych filmików obejrzanych w sieci. Dlaczego? W samej fotografii umiem „oszukać”, pokazać coś w taki sposób, w jaki chcę żebyście Wy to zobaczyli i pokazuję też tylko tyle, ile sam chcę pokazać. I tak jest mniej więcej z Pigułą. To ona wytycza granice.
Skoro lubi to, co robi – to dlaczego miałby jej ktoś tego zabronić?
Przyznaję, miałem wielkie obawy przed tymi zdjęciami – tak naprawdę nie wiedziałem czego się spodziewać.
Piguła okazała się zjawiskowym stworzeniem, kreatywnym i bardzo innym niż na wszystkich filmach, które zdąrzyłem obejrzeć przed spotkaniem. Szczera i wiecznie uśmiechnięta. I uwaga, nie jest głupia!
Wizerunek, który sukcesywnie sobie stwarza, odkrywa tylko jak bardzo kulejąca jest polska tolerancja.
Przepraszam! Brak polskiej tolerancji.
Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że Piguła to dziewczyna z ogromnym dystansem do samej siebie, śmiejąca się razem z internetowym światkiem, który ją otacza, ze wszystkiego co zrobi. Bardzo świadomie manipuluje tym wszystkim. Myślę, że to działa na zasadzie : Ty się śmiej plebsie, ja i tak wiem swoje.
Na zdjęciach gościnnie występuje Stefan – dobry przyjaciel Piguły.
Piguła, pozdrawiam! :)
/Za skrajne stylizacje i makijaż odpowiada Piguła.
Zdjęcia w starym Sanatorium Zdrowotnym, wszelkie rekwizyty znalezione na miejscu (oprócz pączka, oczywiście :)).
Cichy. Niecichy.
Zatrzymaj się.
Wsadź sobie rękę w porwaną kieszeń i znajdź tam tą nadzieję o której tak pieprzysz.
Widzę Ciebie, wśród pozytywnie brzmiących wykrzykniów, chaotyczności towarzyszącej już od urodzenia, budzeniu się kilkakrotnym w nocy – o trzeciej w nocy obciągasz, oblizujesz wargi, przygryzasz palce, brzeg poduszki, łóżka, serca.
Na imię. Jak kiedyś.
Bywanie elitowe, masz krawat i szepczesz niezrozumiałem słowa w równie niezrozumiałym języku, ptaki we włosach, skrzydła, dzioby – układam się w obrazy znanych malarzy, bogowie się śmieją z nas – markotnie, drążymy czerń, na twarz świt – promienie w zagłębiniach skóry, obojczyki pełne pocałunków – poukładaj się w kąty bytu.
/Chaotycznie poznawanie, nocne mruczenie, parapet pełny wiatru, nieszczelne okno. Boli Cie linia pleców odpowiedzialna za dźwiganie Świata. Nie krzycz, kurwa mać.
Piotr. Zdrowy jak ryba.
Который год, не знаю сам, я мультибренд, герой реклам.
Patrzę na Ciebie i mam wrażenie, że umrzesz jak Ci wszysycy wielcy. Z braku hamulców bogatego wnętrza lub innych rzeczy, na które na dobrą sprawę nie masz wpływu. Nie wciągaj, podobno to nie zdrowe.
Mówisz jedno słowo psując tym samym mój stosunek do samej siebie, a ja bardzo lubiłam ten stosunek, rozkoszowałam się nim, smużyłam z przygryzioną wargą (mylą mi się dni ostatnio)
Przy Tobie mam wrażenie, że można wszystko – tylko trzeba powoli, sukcesywnie i z nadzieją wciśniętą w kieszeń podartych dżinsów z warszawskiego bazaru pod zielonym mostem, nad ciszą.
Układam Cię w kostkę, w papier, w dłonie i jestem bardziej Tobą czasami. To nie dobrze, raczej.
Wyjeżdżam do Francji.
…i Powroty
Działo się.
Publikacje wszystkiego nastąpią w późniejszych terminach – z racji przewlekłego przeziębienia i potrzeby wytarzania się na łonie rodziny.
Nawet nie wiem jak się za to wszystko zabrać :)
Nierealne apopleksje / noce bezsenne
Czarne chmury nad miastem, wiatr między gałęziami i podkołdrowe uśmiechy.
I niech mnie biorą w nocy zamglone apopleksje, rozluźniające się samoistnie kąty szarych pokojów układające się pod kołdrą w złowrogo piętrzące się, nieme twarze.
/Złożenie następuje : samo, sobie i po prostu. Akty niesionego serca, dłoni, stóp – rosnę niczym Maria w delikatnej doniczce, jak kurwa mać moja droga i w ogóle.
I niech mnie biorą apopleksje nienazwane, rozłożone w sznur brudnej bielizny, ciasnych propozycji i wszechstronności. Wydaję z siebie jednostajny odgłos sera.
Nierealnie.
Swoiście drżąc, myślisz o tych wszystkich czekających zakrętach szeroko pojętego jutra.
/Lubię taką pogodę, kłęby szarych chmur tworzą realniejszy obraz świata, łatwiej się dopasować, wsadzić, współgrać i tworzyć te wszystkie artystyczne wyziewy mieszczące się w fotograficznej puszce.
Wyłączam się, wymyślam, rysuję przerywaną linią wszystkie małe sukcesy żeby móc potem połączyć je pogrubioną kreską.
Nadużywam ostatnio słowa „generalnie”.
Ściągam testy egzaminacyjne z poprzednich lat i dochodzę do wniosku, że nie są takie straszne. Może jakoś uda się prześlizgnąć z wymaganą ilością procentów, bo „generalnie” nie mam głowy do spółkowania z książkami.
Anna eM
Na brzegu wyobraźni niebo ma inny kolor…
Brązowe kubki, papierosy, twarze.
(Chłodne szepty za oknem, chłodne cienie na ścianie, chłodne ramiona jutra wciskającego się w horyzont tego dnia ciężkiego co to półotwartymi ustami oddycha.)
„Mam czelność Być dziś. Ubrana powłóczyście zachłysnęłam się porankiem.”
„Ludzi można podzielić na ludzi i kawałki gówna, które intensywnie śmierdząc zabiera nam chęć na egzystnecję…”
Koszmarne Dni.
Rozłożywszy chude ramiona z chęci przytulenia tej pomarańczy na niebie Antonina zadrżała.
Matko Bosko Gejosko
(Miejsca pełne nieznajomych uśmiechów i przypadkowej miłości.)
Miejsce znane nielicznym jako nadmorska Jebalnia, gdzie elementy społeczeństwa w wieku bezprodukcyjnym załatwiają swoje homoseksualne potrzeby pęczniejące w rozporkach. Taki plenerowy kurort przydrzewny, natrawnikowy i międzykrzakowy, w którym figlarnie wiszące na gałęziach drzew prezerwatywy odstraszają matki z dziećmi i pochodne. Gdzie spomiędzy ścieżek rowerowych dochodzi brudny jęk rozkoszy fizycznej, przypadkowej bliskości. Raj dla starszych, samotnych panów przed pięćdziesiątką śliniących się intensywnie na widok nawet przypadkowo spacerującego chłopaka. Miejsce pełne Matki Boskiej „Gejoskiej” objawiającej się nielicznym w powłóczystej, wygniecionej sz(m)acie i z niemym „wypierdalaj stąd” na pełnych ustach. Ot tak …
Przy stole
Flegmatycznie ubieram się w swoje obrazy, w hermafrodytyzm chwili pojętej w sztukę, w głowę szarej chmury i ociekające krwią palce.
Kurwimy się pościelowo z Alejadnrem, Albertem i Antoniem. I ta kobieta stoi taka, w czerwonej sukience – niechcący wszystko.
Wchłaniam dźwięki poranka, ułożone mi na stopach drgania zamieniają się w schody i gdyby nie ten czarny kot, co mu drogę przebiegłem już dawno tliłbym się niebiesko jak w tym filmie o lepszym świecie. Czy coś.
Leje się kawa z kubków pełnych mgnień ckliwych, chaotycznych. Zjadam Twoje serce.
AutoPortrety
Seria miała być dzisiaj z pompą kontynuowana.
Po niedzielnym szyciu wszelkości arlekinowych z przeogromną kryzą w kolorze krzyczącej bieli na czele, poniedziałkowy ranek spędzamy w łazienkach przyklejeni do luster. Nakładamy najpierw jakiśtam jasny podkład, białą farbę, czerwone usty i inne takie upodabniające nas ciut do pantomimowych postaci. Anna stylizowana na lalkę, z czerwonymi kołami na polikach i stojącymi warkoczami. Ja w bialej powłóczystej szacie, w czarnych rajstopach pod którymi mieszczę kalesony, dwie pary getrów i trzy pary skarpetek. Rozradowani wsiadamy tak do samochodu, żeby dojechać w pewne miejsce gdzie miały odbyć się zdjęcia. No i jedziemy, jedziemy, jeeedziemy i nagle na kilka metrów przed docelowym miejscem samochód nazbyt mocno zaprzyjaźnił się z zaspą śnieżną i postanowił sobie stanąć.
Próbując wypchnąć samochód zapominam, że rura wydechowa znajduje się tuż przy moim cudownie białym stroju i po chwili robię się czarny, rozmazuje mi się makijaż, rękawy brudzę czymś tajemniczo brązowy. Zza rogu jakiegoś mieszkalnego budynku wystaje przez chwilę jakaś głowa. Obok idzie kobieta z zakupami. Pada śnieg. I ja tak sobie stoję bezradnie z kawałkiem kraciastej rajstopy na głowie. Po jakimś czasie dochodzimy do wniosku, że trzeba poprosić właściciela owej wystającej przez chwilę głowy o pomoc. Więc Anna, dochodząc do wniosku, że na dobrą sprawę wygląda bardziej jak kurwa, niż arlekinowa lalka – wmawia wiejskiemu chłopu, że my na bal przebierańców dla dzieciaków czy coś tam i wiejski chłop na ciągnik wsiada i nas wcyiąga na hol. Tak w telegraficznym skrócie niech to będzie :)















































































































































































































