Morze

Nadzwyczaj w zwyczaj

Śnieg pachnie i popadam nadzwyczaj w zwyczaj.
(O prowadzeniu koślawych zdań wyplutych i gubiących się w gramaturze tego światka.)
Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy mnie nie słuchają. Potem całość układa się na ustach w przeciągłe „A nie mówiłeeem…?”


Dawno, dawno temu …

Po Gdyńskim Porcie śmigałem przy okazji przygotowywania wystawy „Przyjrzyj się ! Modernizm Gdyni”, część zdjęć portowo-zabytkowej architektury była już wykorzystana. Cała reszta, upchnięta na dysku zewnętrznym w folderze „Portek”, czekała na swój czas.
Minął rok. Mniej więcej.
I tu następuje szablonowy kurwamaćjapierdolizm uroczysty – uroczyście przysięgam, że w owym czasie musiałem być kretynem zapisując zdjęcia w JPGach, a nie w RAWach. No cóż, człowiek całe życie uczy się na własnych błędach…

Mało wyjściowe JPGi, trochę bez ładu i składu, ale jest jakiś sentyment do tych kilku, wielogodzinnych spacerów po porcie.


Go to the Hel(l)

piotrowskii.com - hel (3)

W tym mieście czas płynie trochę inaczej – zwłaszcza na początku września, tuż po sezonie, gdy znika tłum wszechobecnych turystów i jest jakoś spokojniej.
Ostatni raz byłem tam ponad rok temu, kiedy to nasz najlepszy wykładowca postanowił urządzić tam „zaliczenia” z podstaw kompozycji obrazu.
Zaliczaliśmy też wszystkie knajpy po drodze komponując się z morskim jadłem i trunkami niskoprocentowymi ;) Niektórzy spożywali tylko herbatę z cytryną.
Oczywiście, że robiliśmy zdjęcia – ale zupełnie inaczaj jest połazić z lokalesem, który zna tam każdą dziurę, kamień i drzewo i który pokazać Ci może miejsca, których generalnie nie zwiedza się. No bo kogo zainteresowałaby opuszczona hala remontowa dla statków, śmierdzące zakamarki portu czy blok rodem ze slumsów Nowego Jorku, gdzie schody przyklejone do bocznej ściany nigdzie nie prowadzą? No tylko mnie ! :)
A, że owy lokales, o którym wspomniałem, jest właścicielką żółtych papierów, zdiagnozowanego ADHD i różnych pokrewnych rzeczy, które biorę za pozytywne cechy charakteru – i do tego nie widzieliśmy się chyba z siedem lat jak nie więcej – no to żyć, nie umierać!

Śmiga sobie taki człowieczek wśród statków, mew i rybaków i podziwia wielki, betonowy mur, który chroni miasto przed morzem.
Za sprawą tzw. Kogi można poczuć się trochę jak nie w Polsce :)
Bo tuż za kogą to już fragmenty PRLu pełną gębą. PRLu w architekturze. A taki lubię.
Pozdrawiam!


Czas Idiotów

Październik to czas idiotów zgłębiających stany swojego smutku – w październiku i Ty bywasz idiotą, ślamazarnie stojącym na przystanku i czekającym na wielkie zmiany. Z rękoma w kieszeni częstujesz tym smutnym spojrzeniem wszystkich przechodniów. Cieszą Cię noce poukładane rzędem kilku koślawych liter, z których wynika, że znowu nie możesz spać. Analizujesz.
Ona kiedyś powiedziała, że powinieneś raz na zawsze wyrzucić ze swojego słownika nigdy nie kończące się pytanie „A co by było, gdyby…”. No co? Dalej mieszkałbyś w tym małym mieszkaniu na czwartym piętrze i leżąc (ułożony lewą stroną do okna) paliłbyś ruskie papierosy, paliłbyś namiętnie wydmuchując dym przekonany o wyższości tej Twojej chwili nad wszystkie inne. Nic się nie dzieje.
Jest jedno zdanie podkreślone czerwonym długopisem i ta Twoja niewiedza właśnie.
I Ty bywasz idiotą.
Dźwięki nawet przez chwilę nie tłumią myślenia, siedzisz tak jakoś krzywo na tym brzegu swojej wyobraźni i nic Ci się nie wydaje, w ogóle.
Jest tylko milczenie, dym i Ty.
Zupełnie jak w filmach Almodovara, kiedy Heroina uśmiechała się lubieżnie tłukąc czarną torebkę wszystkich transwestytów wokół…

W kuchni znajdujesz śniadaniowe okruchy, uchylone okno i fragmenty swojej ciszy ułożonej w kącie.
Rozbierając ją jeszcze nic nie wiesz, oddychasz normalnie. Potem coraz szybciej i szepty Twoje zamieniają się w krzyk. I w stronę ust wszystko się dzieje.
W zagłębieniu podłogi znajdujesz siebie.
Idiotę (…)


Ewa i pastele

Wypluwam płuca.
Czy można wypluwać płuca przy kaszlu zgodnie z zasadami savoir vivre?
Oczami wyobraźni widzę blondynkę imieniem Mariola, która w pozycji siedzącej na kamieniu trzyma w ręku wątrobę, oko jej wisi na żyłce, rękawem wyciera krew płynącą z ucha i mówi: „ohohohohooho, ale sobie kaszlnęłam”.
Więc chyba się nie da, choć powszechnie mówi się, że jedyną rzeczą, której nie da się zrobić elegancko jest wymiotowanie. Coś w tym jest. :)
Angina ropna gnieżdżąc się w moim organiźmie doprowadza mnie do kurwamaćjapierdolizmu powszechnego.
Jest jeszcze kurwamaćjapierdolizm uroczysty, ale o nim kiedy indziej.

Poszukiwanie odpowiedniego „pastelowego presetu” do programu, którego używam przy obróbce zdjęć zajęło mi kilka miesięcy.
I kiedy już zwątpiłem w istnienie satysfakcjnoujących mnie pasteli – znalazły się same, gdzieś w odmętach bułgarskich portali fotograficznych.
Dzisiejsze zdjęcia zrobione były w połowie lipca, i choć część była już wykorzystywana to nie wszysycy mieli je okazje zobaczyć.
Tego dnia włóczyliśmy się z Ewą pstrykając jej retro rower, okolice Dworca Morskiego i opuszczoną wieżę ciśnień.

I tyle.
Na koniec jeszcze zdjęcie Ewy przed użyciem pastelowej obróbki i po.
Myślę, że zdjęcie w pastelach ma to „coś”.

Ciekawy jestem kto, jako setna osoba, kliknie facebookowe „lubię to” ;)
Pozdrawawiam!


Ptaki


Szybkie spacery

Ciepło i wietrznie. Sztorm będzie.


Plażowanie

Do Anny przyjeżdża Jose. Z Finlandii. Pieprząc o naszej lejzowatości (I’m lazy) plażujemy nie robiąc nic więcej.


Formy organiczne

Szybki spacer po oksywskich plażach owocuje spokojem i chwilową duchową stablizacją – spożywanie form organicznych, wyłącza myślenie, analizowanie szerokiego wachlarza ludzkiej głupoty, która tłumnie ostatnio występują w moim otoczeniu.


Bardziej mi się wydaje

Cisza. I wymyślanie sobie ludzi po prawej stronie zmarźniętych plastrów ulicy.


Wyspa Sobieszewska

(…)Pokaż mi swój brzuch! Ciśnie się na usta, pocałunki pochowane w kącie, niehoryzont.
Czekam na czas, aż usiądzie tuż obok i szeptem do ucha poopowiada o tym wszystkim na co czekam.

Niedzielne plażowanie na Wyspie Sobieszewskiej.


Babie Doły / O Tej Pani

(O pewnych rzeczach nie powinno dyskutować się w autobusie.)

Szanowna Pani.
Włożywszy szeroki sweter tanio kupiony na rynku pełnym towarów wszelakich i wsadziwszy rękę w kieszeń tej mgliście zielonej kurtki, Brygida wydęła usta czerwone, pełne. Wydęła na nadmiary chłodu objawiające się o poranku oszronionymi szybami sąsiadów mieszkających tuż obok, na miauczący wiatr bijący w twarz nieprzyjemnym skowytem i pochodne rzekomo nieobecnego mrozu zżerającego plaster ulicy.

(Zapisuję obrazy. Brak konsekwencji literackiej bywa.)


Sopot

Prosto i klasycznie siedzimy kilka godzin na molo w Sopocie. Z Agnieszką.


Stena Line

Lubię czasem wybrać się Gdzieś.
Gdzieś nie ma określonych współrzędnych, które możnaby zmierzyć w stopniach i czasie kątowym.
Po prostu chwytam czarny plecak z aparatem, zakładam ulubione dzinsy i chowając głowę w kapturze ogromnej bluzy wychodzę z tego mieszkania na drugim piętrze, odpalam papierosa tuż za starą kotłownią i pozwalam się nogom prowadzić.


Ślubowanie


Autoportret

Po południu była burza, pozakręcane chmury i wiatr. Wciskam się w ten dzień.


Środa, Wtorek

Chciałbym się.
Nie udawać przed samym sobą, jak bardzo urozmaicony jest ten czas, kiedy lustra pękają w pół rodząc siedem kotów na rozgrzanym dachu Twoich pleców. Pocałunki są brzydkie, rozczochrane i chaotyczne. Morduję samego siebie kolejnymi kilogramami smutku napierającego z każdej strony, łuk brwi jest przedbramą do duszy moich bogów uśmiechających się dymem od papierosów. (Mam brudne serce.)
Rozkrajam ten wtorek, drugą w nocy i wyrzuconą gazetę. Śniłaś mi się wspólnie z Nim, brązy były czerwone, a biały nie istniał. Nie mam ciszy, mam krzyk wciskający się w żebra.

Tak myślę.
Urodził się trzeci. Bardziej inny, niż ta pozostała dwójka wpleciona w faktury chodnika. Street Magic, połóż się sama, a ja Cię podniosę. W mieszkaniu siedzi Nuda, nad morzem subtelnie sztorm toczy fale po piasku, wpycham do ust czekoladki. Chyba się już nie zobaczymy, nie zdążymy – bo ja zaczynam rozumieć Tą Małą ze Stolicy, przeguby mam pełne różowości Jej głosu. Słucham Cię wirtualnie. Na czarnym fotelu, w niebieskich dzinsach i wszystko jest „Well Done”. Rozumiesz? Przecież tych chmur nigdy nie było.

Tak myślę.
Urodził się trzeci, Skurwysynie.
Nie potrafię Go jeszcze nazywać po imieniu, nie potrafię spojrzeć mu w oczy i dotknąć, tak żeby Go nie bolało. Mam na imię, a Ty? Od zawsze Tomasz powtarzał, żeby uważać na Świat, bo Świat jest jak niewygodny sweter – najpierw trzeba go trochę rozciągnąć, żeby dało się nosić z uśmiechem. (Tak myślę.) Perfumujesz się.

Tym porannym autobusem sprzed tygodnia, zaczepiasz mnie spojrzeniem, a ja utykam wychodząc. Chaos.


Migawki


Gapię się w okno

(Nie wiem jak to działa. Nigdy się nie zastanawiałem, bo nie było mi to potrzebne.)

Dziś za oknem świeci słońce, kładąc się na parapecie żółtymi promieniami – jestem.
Mógłbym się uśmiechnąć, albo machnąć ręką na zewnątrz, żeby uspokoić ogrom tłumu, który powstając zostawił ślady butów na dywanie.
Na drewnianej półce zamieszkały kolejne trzy koty (wydłubany w drewnie jestem.)
Czekam na Katarzynę z szalem na szyi, we włosy wplecie ciszę umiejętnie towarzyszącą od otworzenia oczu (i wsadzi ręce w kieszenie szukając opuszkami palców zielonego koloru.)


Dorota

Tylko niech wiatr zmieni kierunek. Wczoraj spaceruję z Dorotą nad morzem, przestrzenie łapiemy między palce.