Śląskie Migawki
Dziwactwa serwowane piątkowymi popołudniami smakują wyśmienicie :)
A poniżej kilka migawek ze Śląska.
Z szerokim uśmiechem możnaby tak łazić po miejscach, w których nie było się jakieś dwanaście lat i odświeżać pamięć.
Jakiś czas temu.
Klub Filmowy „Żyrafa”
Z racji faktu, że mój organizm jest bardzo gościnny – Witaj Przeziębienie! :D
A do Klubu Filmowego jeszcze wrócę. Ze statywem.
Do poczytania o tym klimatycznym kinie: tutaj.
Nadzwyczaj w zwyczaj
Śnieg pachnie i popadam nadzwyczaj w zwyczaj.
(O prowadzeniu koślawych zdań wyplutych i gubiących się w gramaturze tego światka.)
Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy mnie nie słuchają. Potem całość układa się na ustach w przeciągłe „A nie mówiłeeem…?”
Fragment dnia. Żukòwò.
Dzielnie dzierżąc kubek kawy w dłoni rozpoczynamy małe włóczęgostwo po tym trzynastowiecznym miasteczku, uważając (jak wspomniała Izabela K.) na cyganów, którzy gęsto rozsiani w okolicach kościoła poszukują pięniedzy w cudzych portfelach. W Żukowie fantastyczny jest właśnie kościół w stylu ponorbertańskim (można poczuć się jak we wczesnym średniowieczu ;) ), i nic po za tym. No, może jeszcze grad padający jakimś dziwnym sposobem do nosa był imponujący ;)
Abstrachując, kilka tygodni temu dorwałem starą, niemiecką EXę, po dosłowym wepchnięciu kliszy do środka – czekam na ostatnią klatkę, żeby przekonać się czy aparat popsuty czy nie popsuty ;)
O tym, tamtym i niczym
Jest czwartek.
Nad pozłacaną filiżanką czarnej kawy długowłose wróżki w okularach, mówią dużo i dosyć intensywnie.
Zakładają nogę na nogę, zwilżają usta i uśmiechają się ubrane w światła żarówek sufitowych.
Jest styczeń. To liczba pierwsza. Drugą liczbą jest Duży Wtorek, o małym oficjalnie nie mówi się. Był sobie fragment.
Licząc do siedmiu możnaby stworzyć swój mały świat, uczesany w nadpobudliwość chwil popołudniowego chaosu, rozsiadać się w słowa i dłubać palcem w dniu ósmym, nieistniejącym fizycznie. Zapowiada się zmiana, początek i jutro. To dosyć dziwne, tym bardziej, że kawa smakuje jakoś inaczej.
Rozmowy nieklejące się w ogóle …
To zadziwiające. Bo wiele rzeczy nie dzieje się.
Cisza jest pomieszana w kostki cukru, dwanaście łyżeczek i swoistą nieruchomość cielesną.
Uprawiasz Sen.
Wieje.
W trzecią kawę wpleciona jest głośna muzyka. Potem, kontemplując nudę swojego mieszkania, przeglądam stare płyty.
To fascynujące, że można zarejestrować kilka lat swojego życia i umieścić na takim małym, lśniącym krążku, a potem sobie odtwarzać i śmiać się cicho pod nosem.
Z całej tej głupoty ułożonej w rząd koślawych uśmiechów i prób ubarwiania swojej rzeczywistości. I z tej rozbuchanej kreatywności, która w chwili obecnej wydaje się być zupełnie nie do końca na miejscu. Na swój sposób trochę śmieszno-pompatyczne czasy.
Kilka zdjęć sprzed, wydawałoby się, wieków ;)
Sopot poranny
Mały urlop.
Szósta rano, autobus linii S, duża latte i śmigam między uliczkami Sopotu z kapturem na głowie i słuchawkami w uszach.
Mamy styczeń. Dwa tysiące dwunasty. Plus dziesięć na termometrach przyokiennych. I zbliżający się Koniec Świata, któryś już z kolei w tym stuleciu ;)
W Sopocie pada i ludzie chodzą naburmuszeni, chodzą powoli, a potem siedzą na mokrych ławkach czytając wczorajsze gazety.
Rejestruję dziś wszystko, co popadnie. Bez głębszych przekazów. Po prostu.
Tylko jedno zdjęcie …
Moja osobista i prywatna siostra obdarowana została ospą wietrzną, więc te święta zapamięta na długo ;)
A po za tym.
Moje zdrowie ostatnio rozkłada szeroko nogi i pozwala pieprzyć się każdej napotkanej bakterii.
Wolny czas, który zamierzam poświęcić na jakiś subtelnie malutki fototrip, przesypiam niezamierzenie w przepastnych pościelach swojej alkowej ;) ;D
Nie ma śniegu, nawet najmniejszego kawałeczka – za to leząc rano do sklepu bo butelkę mleka, można brodzić w błocie i rozpuszczać włosy (osobiście nie rozpuszczam, bo długich włosów nie posiadam) na porywistym wietrze :D
Jeszcze dodać pragnę, iż jakiś anonimowy człowiek po wpisaniu w google „autodestrukcyjne dno” trafił na moją stronę :D
W związku z wszystkim powyższym, jedyne co mogę zrobić, to pójść spać. W styczniu mam urlop. Podobno.
Spada migawka jak gilotyna (…)
Siedząc w dwóch różnych skarpetkach (mam jeszcze jedną taką parę ! ;)) odpalam leniwie telewizor.
Seriws pogodowy. Pani, która jednym okiem patrzy przed siebie, a drugim w lewo, radośnie informuje, że napływa do nas powietrze polarno-morskie.
A powietrze polarno-morskie to takie, które bezczelnie sprawia, że muszę sięgać garściami po tabletki z ibuprofenem.
Zdenerwowała mnie owa Pani, więc w akcie zemsty przełączyłem ją na jakąś stację muzyczną, gdzie niejaka Edzia G. zarzekała się uparcie, że nie była Ewą.
Pada deszcz i podobno za tydzień mamy Święta Bożego Narodzenia.
Na klatkach schodowych dziwne rzeczy ludzie wywieszają.
Słabo kontaktuję dziś.
A ja grzebię sobie w odmętach dysków twardych
Przez niejasności wypowiedzi, gdzieś pomiędzy tym wszystkim, bawimy się w dobrych ludzi. W dobrych i niesamowitych.
I umierać można na różne sposoby, więc można też bawić się w umieranie. Ktoś wie, jak umierają ptaki?
Odgrzewam stare kotleciki fotograficzne, które w odmętach mojego twardego dysku – wyglądają teraz zupełnie inaczej, niż kiedyś.
Mamy grudzień – Gdynia tak zasypana śniegiem, że ledwo dziś do pracy autobusem dojechałem.
Kierowca musiał wyjść i odśnieżać koło przystanku, bo podjechać nie mógł ;)
O Różowościach Świata Tego
Z konsternacją na wypudrowanym policzku napuchniętej twarzy i dumnie głowę unosząc, w sposób może nawet majestatyczny, w akcie rozrzuconych majtek wokół łóżka, wzięła i wyszła. Wzięła i wyszła głośno, głośniej niż planowała i choć drzwi, którymi trzasnęła wcale się nie zamknęły to głupio jej było wracać, żeby udowodnić sobie i Jemu, który siedział krzywo na krawędzi tego łóżka skrzypiącego, że ona te drzwi jeszcze raz trzaśnie. Tak żeby się zamknęły i żeby słowo ostatnie należało do Niej. Chciałoby się rzec, że zostawiła w tym pokoju przez przypadek torebkę i majtki. I serce.
Opieram się, ułożony prawym bokiem do lewej ściany szklanego przystanku i podziwiam jak mi się miasto rozbudowuje. Opieram się i podziwiam w milczeniu, żując ze smakiem gumy owocowe z pobliskiej stacji beznynowej. Ręce mam w kieszeni, ciężką torbę, bo jakieś zdjęcia jadę robić za miasto i czekam na autobus lini nijakiej, który to za to miasto mnie zawiezie. A ta guma to mi się ciągnie jakoś niesmacznie czy coś.
I staje nagle nieopodal blondi-bejbe, w różowym futrze z kota (?) i z cienkim papierosem między palcami zaciąga się nonszalancko i wydawałoby się dystyngowanie.
W tej blond-bejbowej czuprynie, która okala pomarańczową, jakże naturalnie opaloną twarz, to nie jestem w stanie rozpoznać koloru oczu, bo grube na pięćdziesięt centymetrów makijażowe kreski wokół nich – uniemożliwają mi to. No więc stoimy tak sobie oboje, ja w dalszym ciągu się opieram, a blondi-bejbe kończy właśnie papierosa i ruchem zaaferowanej księżniczki, z miną urzędniczki państwowej, która właśnie menopauzę przechodzi, rzuca tego papierosa na chodnik, między mokre liście i tym swoim białym obcasem białego kozaczka, przygniata, żeby dogasić. Już mi się za różowo zrobiło przed oczyma, więc wzrok odwracam, a blondi-bejbe z maciupkiej torebeczki w cekinki, ptasie piórka i inne dziwne ozdóbeczki (?) telefonik wyciąga, z jakimś dziwnym bryloczkiem który przyczepiony do pink telefoniku zwisa jeszcze trzy metry w dół i tymi swoimi szponami w różowy wzorek, którymi mogłaby pewnie tapety zrywać, jako tapetozrywarka w firmie budowlanej, głośno westchnąwszy próbuje wystukać jakimś numer. I, o zgrozo, odzywa się na głos i ja już nie jestem w stanie się opierać jakoś przyzwoicie o ten przystanek, więc prostuje się i odchodzę kawałek dalej, żeby śmiechem nie parsknąć.
-Ej, no heloooł? Ja tutaj czekam…?, poprawia tymi szponami w różowy wzorek blondi-bejbe swoją blondi-czuprynę i moim oczom (bo w dalszym ciągu obserwowałem ukradkiem to zjawisko przyprzystankowe), ukazało się różowe pasemko.
- Ej noooo, chyba żartujesz … Heloooł?
Rozłączyła się i nerwowo zaczeła przeszukiwać swoją torebunię, klnąć przy tym soczystym różowym pod nosem.
A ja mam myśli mordercze, wyciągam swój telefon i podchodzę. Trzy ciosy w twarz z górnego kantu telefonu, potem chwyt za włosy i o drewnianę ławkę przystanku ze dwa razy, potem ściągam jej tego białego kozaczka i obcasem wydłubuje z pomarańczowo-pomarszczonej twarzy lewe oko, krzycząc w jakimś amoku „Gdzie wy się takie rodzicie?! Kto was robi?!”. Ocknąłem się. Różowa blondi-bejbe odpala papierosa, a ja na szczęście właśnie wsiadam do swojego autobusu i ostatnie co widzę, to jak blondi-bejbe sprawdza w małym lusterku czy jej się dwudziestokilogramowy makijaż nie pogniótł i czy aby różowe pasemko na pewno odpowiednio widać. Nie lubię takich kobiet – choć słowo „nie lubię” to chyba za mało.
Późne Wieczory i Wczesne Poranki
Czujnym okiem obserwują mnie koty, jestem uzależniony od dźwięku migawki.
Piguła z Gdyni
Lubię stan, kiedy obrazy z mojej głowy świadomie przybierają postać rzeczywistą. Bardzo lubię.
Beata
Ręce rozkładam – zamiast ust.
Ślady wieczoru zabieram do torebki kilku chwil i zapinam agrafką z szuflady pełnej ciebie.
Patrzysz jak szalony.
Z przyklejoną blizną nad lewym okiem i mną – na papierowym ciele.
Papieros.
Zaznaczam obecność dymem we włosach.
I w popielniczce nasiąkam burzą twoich oczu.
Dogaszam.
W imię syna.
Tego co zmarł patrząc jak długo.
Podchodzę – smugą tej ciszy co wcześniej.
Co teraz. co wtedy.
Nachylam się bielą i szept kładę na usta.
Śpisz. znowu.
Upycham twój zapach do nie-istnienia.
Napawam się nie-istnieniem bliskości.
Dopijam smak nocy – raz jeszcze, w filiżance czekania.
Papieros.
Dogaszam.
W imię ducha.
I patrzysz na mnie jak bóg, kiedy co wieczór wychodzę.
O świecie, kawie i dupie
Świat nie kręci się wokół mojej dupy, a jedynie dupa wokół świata i zachaczając o jego kanciaste brzegi tlucze się uroczyście.
Myślę sobie o soczystości tego wszystkiego, masohistyczne podejście do pewnych spraw myśleniowych bywa bardzo przyjemne, w moim przypadku porównywalne do kubka porannej kawy, który to umila mi wybudzanie się z nocnego omdlenia.
Jest druga w nocy.
Jestem skurwysynem, owszem.
Czarnoksiężnikiem, który za sprawą kilku słów sprawia znikanie i co?
I czuję przejmującą obojętność i chłód -oczywiście, że mi z tym dziwnie, wszystko działa w schemacie ogólnej świadomości,
ale świadomość tego stanu jest na tyle osadzona w niewiadomej,
że nawet nie próbuję tego zrozumieć. Nie potrafię.
Czasami nie dokańczam pewnych zdjęć, leżą sobie obrobione w przysłowiowej szufladzie niedotykane z racji przepełnienia szuflady innymi zdjęciami -i tak naprawdę wszystkie można nazwać bieżącymi.
Czasami zapominam o tych pierwszych.
Dlaczego?
Wyobrażam sobie, że to właśnie ja przesiaduję w fotelu na dachu, podczas gdy okolica tej przestrzeni jest zalana wodą.
Nie potrafię oddychać jednym człowiekiem, ciągle potrzebuję nowych, i takich samych jak ja.
Dlaczego?
Podobno egosita egoistę zawsze zrozumie.
Choć będzie starał się to zrozumienie po swojej stronie przytrzymać.
Oglądam filmy o sobie, o schematycznych samotnikach zamkniętych w czterech ścianach swojego umysłu, swojej przesyconej fantazji i nabrzmiałcyh, różnych podobnych, układających się w ciągłą samotność na własne życzenie wśród tłumu ludzi i dochodzę do wniosku, że musi stać się COŚ, abym i ja powieki ciut wyżej podniósł i w końcu zobaczył i przestał traktować ludzi, jak nie człowiek czasami.
W całych tych czarach to zazwyczaj ja znikam, jakoś po cichu, tylnymi drzwiami, często ściągając buty, żeby nikt oddalających się kroków nie usłyszał.
Nie, to nie jest odpowiedź.
Miasto mi się pali !
A z racji tego, że pali się dosyć intensywnie – postanowiłem jutro wyjechać.
Do dziewczynki z kurami, rozpadających się schodów na strych i polnej ciszy.
Muzeum w moim mieście wystawia prace mojego autorstwa.
Kubek mleka
Betonowe plastry łatają panowie w żarówiastych kamizelkach, spoceni.
Spaceruję więc w stronę przystanku, spaceruję cmentarzem wojskowym, na środku którego anioł kamienny na mnie kamiennym wyrazem twarzy (oczu) patrzy. Można tak? Milczymy oboje, zasłuchani w szumy.
W autobusie czuję się jak ziemniaki. Kierowca jedzie uśmiechnięty.
Wieczorem ulubionej Osiedlowej Pijaczce zostawiam drobne pieniądze na czerowne wino i papierosy.
Ulubiona Osiedlowa Pijaczka zawsze umalowana szminką w najmniej odpowiednim miejscu (i kolorze) siedzi na ławeczce nieopodal sklepu i krzyczy „skurwysyny!”
(…)Lubię wieczory. Wypijam mleko, kawę, herbatę i wciągam kreskę.
Wyobrażam sobie, kreślę, podkreślam. Mam duże oczy.
Mam wrażenie, że umrę za jakiś czas. Albo pojutrze.
Melatonina
Nieprawda jest kojąca.
W nocy wstaje i pytam wszystkich wokół, czy to była na pewno trójka dzieci, zjadam banany z lodówki i siedzę potem przez chwilę na brzegu łóżka kontemplując swoją lewą dłoń.
I wracam tuż przed wubuchem swojej głowy, mnie świadomy, z podrapanymi plecami.
Dziwna dziewczyna dostaje mandat w naszym autobusie, patrząc na Nią – czuję się jakbym pił herbatę w przeciągu.
Dziwna Dziewczyna równie Dziwnie Mówi.
Siedzi we mnie niesamowity spokój. I brak uśmiechu. I dużo bieli. I pianista bez rąk.
Pośpiechy
Uczucie niesamowitości następuje tuż po tym, jak Sylwia zaczyna śpiewać. Panuje Chaos.
Dziwną Dziewczynę widzę codziennie w autobusie, ma niebieskie oczy.
Dziwna Dziewczyna często patrzy w lustro, jakby oczekiwała, że znajdzie tam kogoś innego niż tylko siebie.
Strach, który jej towarzyszy pozwala mi snuć historię ubraną w zielony pokój, drewniane krzesło i nożyczki.
Staram się wpatrywać w Nią tak długo, aż na mnie spojrzy – uśmiecham się, a Dziwna Dziewczyna nerwowo odwraca wzrok, potem wraca i udając, że wcale na mnie nie patrzy, szuka czegoś w torebce.
Czasami czyta książkę i też się uśmiecha. Do sufitu, albo do lustra właśnie.
Bywa, że towarzyszy jej Dziwny Chłopak, milczący i nieobecny. Trzymają się za ręce, i Dziwna Dziewczyna wodzi wtedy zlęknionym spojrzeniem po autobusie, jakby bała się, że ktoś ją potępia za tego Dziwnego Chłopaka.
Sam nie wiem.
Jest niesamowicie ciekawa.
Jestem pewny, że kiedyś Ją sfotografuję.
Ince
Śnisz.
Choć tak naprawdę nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy.
Wiem, że było bardzo realnie, powinienem pamiętać.
W transie jest Natalia, w transie i w brzydkiej sukience przegląda kwiaty w Twoich włosach, pokazując myśli.
Myślisz mi się powłóczyście, napełniając czas swoją nieobecnością, nie poznaję ludzi. Jesteś.
Jesteś cichy, jak ja.
Dziewięć godzin, pół godziny, szklane oczy Angeliki, truchlejącość, martwość, podniecenie. Wyobraźnia.
Wiem, że w końcu się uda i powrócę ciut inny, łatwiejszy do odczytania.
Mentalne samobójstwo w chaosie ciasnych ulic.
Skurwysyństwo ramieniowe, podskórnie tocząca się krew buzuje, pęka głowa, ze środka wylatują ptaki.
Nie dzieje się nic, czułości i brzydkość. I chaos opętał moje wszystko. Nakładam się zielonym kolorem w świat.
Milczę.
Szklarnia
No to bawimy się szeroką Tokiną. Wszystkim, którzy poszukują dobrego szerokiego kąta – polecam :)
















































































































































































