Animal Pro
Krótko.
Dziś w asyście koni, ich zapachu, stajennych, stajennych kotów i ich misek z mlekiem.
I chorych dzieci, które przytulając się do koni budzą uśmiech.
Dobry dzień, pozytywny – właśnie takie sprawiają, że moja wiara w człowieka rośnie.
Pozdrawiam!
Kubek mleka
Betonowe plastry łatają panowie w żarówiastych kamizelkach, spoceni.
Spaceruję więc w stronę przystanku, spaceruję cmentarzem wojskowym, na środku którego anioł kamienny na mnie kamiennym wyrazem twarzy (oczu) patrzy. Można tak? Milczymy oboje, zasłuchani w szumy.
W autobusie czuję się jak ziemniaki. Kierowca jedzie uśmiechnięty.
Wieczorem ulubionej Osiedlowej Pijaczce zostawiam drobne pieniądze na czerowne wino i papierosy.
Ulubiona Osiedlowa Pijaczka zawsze umalowana szminką w najmniej odpowiednim miejscu (i kolorze) siedzi na ławeczce nieopodal sklepu i krzyczy „skurwysyny!”
(…)Lubię wieczory. Wypijam mleko, kawę, herbatę i wciągam kreskę.
Wyobrażam sobie, kreślę, podkreślam. Mam duże oczy.
Mam wrażenie, że umrę za jakiś czas. Albo pojutrze.
Henryka
Henryka jest sympatyczna, tarmosi te swoje skarpetki w rękach i opowiada.
I nawet jeśli chcę wtrącić jakieś swoje słowo, uwagę lub po prostu przytaknąć to zachowuje się jakby zupełnie jej to nie obchodziło – to ona jest ważniejsza, ona mówi, wie więcej i więcej przeżyła. Nic nie zapowiadało tej rozmowy i tych zdjęć, mijałem ją siedzącą w lesie na zwalonym drzewie, pytając czy ten jej szczekający wilczurowaty pies nie rzuci się na mnie z zębami. Pani szeroko roześmiana, że nie i, że poprzedni który już nie żyje to może i owszem. I tak się zaczęło właśnie.
O pewnych ludziach można powiedzieć, że na twarzy mają świadectwo życia. I tak jest z Henryką właśnie.
Snickers
Cześć!
Mam na imię Snickers i zdiagnozowano u mnie ADHD.
Lubię szczekać w najmniej odpowiednich momentach, dlatego mówi się też, że jestem schizofrenikiem.
Jesień idzie
Pod wszelkimi wpływamy swojej urlopowej spontaniczności zapakowałem osobistą rodzicielkę, posiadającą dwa dni wolnego od pracy, do samochodu i wybraliśmy się w rejony warmińsko-mazurskie poodwiedzać rodzinę. Zatrzymaliśmy się u brata ciotecznego, syna chrzestnego owej osobistej rodzicielki, gdzie jego jak na razie jedyna córeczka wytrwale uskuteczniała swoją mimikę twarzy przed obiektywem – czego efekty można zobaczyć powyżej, niesamowite ma te oczyska! Osobista rodzicielka odwiedziła przy okazji przyjaciółkę ze szkolnej ławki, z którą nie widziały się przeszło dwadzieścia lat, więc można sobie wyobrazić, że wspomnieniowym ochom i achom nie było końca. Po za tym w przypływie ogromnej ilości wspomnień na widok miejscowości, w której kiedyś bardzo długo mieszkała zapragnęła kupić tam dom – „coby na starość mieć gdzie kości przytulić”. Żeby było śmieszniej, dom rodzinny, w którym się wychowała, rodziła dzieci i który jakimś cudem jeszcze stoi :) Czekając (bo rodzicielka musiała sobie przypomnieć wszystko, pooglądać i dotknąć każdego drzewa w „jej” parku) napadła mnie grupa szczerbatych chłopaczków, krzycząc żebym robił zdjęcia – a mi dwa razy nie trzeba powtarzać.
I kociak się trafił, ale to już inna historia – którą z racji pękających folderów ze zdjęciami z poprzedniego wyjazdu, będzie trzeba ominąć.
Granatowy
Bonifacy Grzbiet.
Statystyczny polak w połowie posiadający cycki na plecach, a w połowie nie posiadający też niczego. Zadziwiające ślinotoki, lemoniada w szklanakch poszczerbionych i ostrzypu wydopcianie (wydopcił Ci się). Pewna blondynka do innej pewnej blondynki subtelnie drżąc na ciele pyta dlaczego ta wydzielina z odbytu jest taka słodka (lwowska wersja: Ta wydzielina taka slodka.) Kurewskie spożywanie herbat pośród luźno zaczesanego drobiu ułożonego rzędem jak do ścięcia siekerami codzienności, mój miły i chowamy się przed deszczem za drewnem już ciut mniej równo ułożonym. Niezrozumienie w oczach, pod powiekami coś (skąd wiesz, że słodka?), rozpychasz się łokciami jak stara kurwa pod mięsnym z okazji poniedziałku. Grzecznie.
Bonifacy Grzbiet nosił okulary, czesał się na dwa boki i przygarbiony chodził, i kulał i w kieszeni zawsze miał kulki analne z podrabianej skóry łabędzia. Bo wszak posiadanie w połowie niczego bardzo dużo zmienia w tej kwestii z dupy, żeby nie powiedzieć z odbytu znów – kręci się świat. Za dużo niczego, dwa dni wolnego, pierdolę pod nosem, uchem i za plecami czasami Matki Boskiej PółRozepchniętej, wielokrotnie przekładam się, przekręcam ochoczo wypinając … buzię do resztek słońca, granatowego co to prawie czarne. I nie palmy już tyle, do kurwy nędzy. Bonifacy miał w oku długopis, amfetaminę i jej koleżanki.
Mucho-karłątek
(Mam dosyć ciągłości tych przypadków tkwiących w człowieku. Wolałbym być czasownikiem i działać konstruktywniej niż dotychczas. Nie potrafię zebrać się w sobie, nie mam motywacji – wszak dni wydają się być takie same, identyczne.)
Co się dzieje, kiedy wypalasz się mentalnie? Kiedy czas wydaje Ci się osowiały, kiedy Dni przytłumione w sposób namacalny w żaden sposób nie potrafią rozjaśnić tej deliaktnej poświaty beznadzieji, w której tkwisz czas jakiś? Kiedy codzienne dzielenie wspólnego uśmiechu, ciszy i chleba przestaje być satysfakcjonujące? Szukam sposobu na tą szeroko pojętą dziwność, lekarstwa szukam.
Myślę, że mógłbym być szaleńcem tnącym własne powietrze, wyimaginowanym WszeArtystą, który przy okazji poniedziałkowo popłudniowej herbaty, rozsiadłby się w śmietanowych kryzach wokół szyi i zagapiał niemo na drzewa, ich szum i zieleń. I niebo. I te świezo co urodzone koty z kropalmi mleka na wąsach.
Myślę, że słyszałbym głosy, szeptem rozpięte w Twoje usta, widziałbym blade twarze pokryte piegami i widziałbym to wszystko czego na codzień zwykły człowiek mógłby się wstydzić.
Duży będę od jutra, dziś jeszcze zasnę z marzeniami pod kwiatową kołdrą. Mów do mnie tak …
(…) „Tato… Wojtek powiedział, że to nie moja wina”. Las rąk z białym paznokciami pieścił moje włosy. Pachniało karmelem. „Tato, to przez Piotra… on też kochał księżniczkę. Tak, wiem… Była chora…”. Przyjemna fala gorąca wylała się z potłuczonych butelek. I tyle bladych dzieci. Tyle spojrzeń przytulonych do mojego pępka. Pachniało karmelem… „Ty byłeś? Prawda? Istaniałeś? „Światło w każdym ziarenku bladoczerwonego piasku. Pocałunek. Milczenie. Pożądanie… „To tutaj? Jest tu Ania? a jej córeczka?”. Serce w świecie. Drzwi życia zamykały się skrzypiąc. Piękny. Piękny ja. „To ja? Tato? To ja?”. Płacz w zapach błękitnej poświaty. Jak pachnie cisza? Gdy ktoś umiera? Truskawki… strach układany zimnym wiatrem.
„Tato!!! Ja śnię, prawda? Piotrek wróci? Wiem, że wróci. Wiem! To tylko sen…”
Poczułem szarpnięcie w okolicach serca.
Poczułem, że bije.
W głowie dudniło takie nieznosne pik… pik… pik…
Rozmazane szepty w tle białych ścian i ten jeden nasycony jakąś nieopisaną ulgą…
– Będzie żył… -
Babcie Kociakowe
Kocie Babcie.
„Pan te młode porobi, ładne są .. ”
Istotnie.
Rok temu zasiedziałem się na śmietniku kilka godzin fotografując kocie brzdące, które do dziś już spotężniały.
Pojawiło się nowe pokolenie, bardziej strachliwe i nieufne – wszak stoi jakiś debil z czarną puszką przy oku i „kici kici” wypluwa z ust pocąc się przy tym jak maniakalny morderca czworonogów śmietnikowych :)
Zmysły
Smokas-Zdobywca.
/Poparzonym słonecznie. Nie zdarzyło mi się jeszcze tak opalić nóg, żeby potem nie móc chodzić. Masakra.
Nikonowe Migawki
Kilka pstryków ze świeżo zakupionego aparatu, gdzie wbudowany śrubokręt pozwala mi na automatyczną zabawę ze stałą pięćdziesiątką :)
Koty
Obudziła mnie chęć wypicia kawy. Trzecia pięćdziesiąt osiem. Za uchylonym oknem szalaje wiatr. Miasto wydaje się spać.
Poprostość.
/Lepisz mi się do dłoni, ustami balony z porzeczkowej gumy do żucia i ograniczanie swoistości ciszy. Zasłucham się./
Od dwóch dni jest gorzej. Odzywa się gardło, tajemniczo powstający katar doprowadza do subtelengo szału, ręce nie mieszczą się w kieszeniach. Ósmego sierpnia Ich ślub.
Odzywa się we mnie współczucie, napuchnięcie uczuć gdzie kulminacyjnym momentem będzie wyziew płaczliwy, mokra siatkówka oka i górne rzęsy zlepione z dolnymi.
Dni wyglądają tak samo, ubrane z samego rana w kubki z kawą, bose stopy układające się w skrzyżowanie dotyków (Chyba nie jestem) i półsuche palce błądzące po czarnej klawiaturze. Nudzę się.
Kici Kici / Walcz!
Tępe bóle głowy zagłuszam kolejnymi kawami, rozmowy mi się nie kleją, chmury są fotogeniczne i Wioleta opowiada o swoim romansie z Tym Murzynem.
(Nie zaprzeczam.)
Chcąc zmienić Formę Całości staczam się w te świetliki w ciemności wypatrując Twarzy, co mają uśmiechać, potem następuje wyrwanie i rozmawiam z ludźmi o dupie-marynie w przyciasnej sukience w kwiaty, bo lato przecież. Pan Monroe uzależnia, nie tyle słowem co historią nim napisaną. Zeszyty w kratkę zapełniam niebieskiem długopisem tuż po otworzeniu oczu, ucząc się pamięci w pochmurne poranki. Nie ma sensu, jest splot czerwonych szminek, dziewczyn, włosów i kotów z długimi ogonami. Jest Chaos, podskórnie toczący krew w zakamarki ciała.


















































































