Posts tagged “Nikkor 35 mm f1,8

Tylko jedno zdjęcie …

Moja osobista i prywatna siostra obdarowana została ospą wietrzną, więc te święta zapamięta na długo ;)

A po za tym.
Moje zdrowie ostatnio rozkłada szeroko nogi i pozwala pieprzyć się każdej napotkanej bakterii.
Wolny czas, który zamierzam poświęcić na jakiś subtelnie malutki fototrip, przesypiam niezamierzenie w przepastnych pościelach swojej alkowej ;) ;D
Nie ma śniegu, nawet najmniejszego kawałeczka – za to leząc rano do sklepu bo butelkę mleka, można brodzić w błocie i rozpuszczać włosy (osobiście nie rozpuszczam, bo długich włosów nie posiadam) na porywistym wietrze :D
Jeszcze dodać pragnę, iż jakiś anonimowy człowiek po wpisaniu w google „autodestrukcyjne dno” trafił na moją stronę :D
W związku z wszystkim powyższym, jedyne co mogę zrobić, to pójść spać. W styczniu mam urlop. Podobno.

♪♫ Lana Del Rey – Born To Die


Spada migawka jak gilotyna (…)

Siedząc w dwóch różnych skarpetkach (mam jeszcze jedną taką parę ! ;)) odpalam leniwie telewizor.
Seriws pogodowy. Pani, która jednym okiem patrzy przed siebie, a drugim w lewo, radośnie informuje, że napływa do nas powietrze polarno-morskie.
A powietrze polarno-morskie to takie, które bezczelnie sprawia, że muszę sięgać garściami po tabletki z ibuprofenem.
Zdenerwowała mnie owa Pani, więc w akcie zemsty przełączyłem ją na jakąś stację muzyczną, gdzie niejaka Edzia G. zarzekała się uparcie, że nie była Ewą.
Pada deszcz i podobno za tydzień mamy Święta Bożego Narodzenia.
Na klatkach schodowych dziwne rzeczy ludzie wywieszają.
Słabo kontaktuję dziś.

♪♫ Michał Bajor – Stop Klatka


Mieszkanie w kolorze słońca

W kołysce z okruchów chleba płacze małe dziecko. Potem popołudnową ciszę tnie, namalowaną czerwoną farbą na ścianie, czerwoną dłonią i czerwonym spojrzeniem. Ludzie nie powinni umierać – nie z takimi emocjami, które układając się fragmentowo w szczelinach drewnianej podłogi, tworzą to Życie właśnie. Za dużo tego. Tworzysz zapachy i kształty, wspominając potem wszystkie zakręty, przy których szukano oddechów – głębokich, mocnych i namacalnych. Można być, być chaotycznie i z otwartym sercem, wpuszczając jesienne ptaki jutra, niczym przez okno. Czekasz. W pajęczynie zmarszczek, rozłożonej w prostokąty liczb, umiejętnie toczysz wymuszony uśmiech, złożony równiutko w kostkę. Dzień Dobry, mówisz, jestem tylko człowiekiem …


Pomiędzy słowami Ania

Niezwykle ciężko jest zlokalizować współrzędne tego uśmiechu.
Rozedrganie panujące wszędzie nie powinno pozwolić na to, jesienne nostalgie pogniecione w żółtość liści, chłodne autobusy i na wpół wymieszane zielone herbaty wypijane duszkiem nad krzywą ciszy.
Można się staczać myślowo, drążąc spojrzeniem wszystkie twarze, rozkładać je sobie na czynniki pierwsze, drugie i ostatnie, a na końcu właśnie układać liery w zdania, zdania w szepty, a szepty w krzyki. I krzyczeć gdzieś w przestrzeń. Na płaszczyźnie współbycia.
Jesteśmy tylko sumą oddechów.



Gdzieś pomiędzy tym wszystkim, stojąc na swoim kawałku pomarańczy, głęboko zaciągam się niebem.


Miasto, jesień i bezdomność

Ślamazarnie tocząc półuśmiech pod nosem, w wysłużonej kieszeni równie wysłużonych spodni zapalniczki szukając klnę też soczystością resztek zieleni w mieście. Mamy Jesień, pełną gębą rozsiadłwszy się w zagłębieniu ulicy liście zrywa i kapryśnie wydłuża godziny. Pod liściami (liśćmi?) brud miasta ułożony bezwiednie jakoś, sprawia, że chce mi się absolutnie nic. Nic można popijać chłodną herbatą i przyduszać kłębami dymu papierosowego. I zagryzać czym popadnie.
W sypiącym się zabytku klasy w pełni nienajwyższej, który widać powyżej, byłem w połowie lipca. Z Dorotą.
I wówczas odkryłem, co w takich miejscach robię bardzo często, że miejsce zostało zagospodarowane na małe mieszkanko z aneksem kuchennym i łazienką, w każdym dostępnym kącie nieużywanych pokoi. Powstało kilka zdjęć:

Wiem, że niedzielę, według mentalności wszystkich moich zdewociałych sąsiadek, powinienem spędzać w kościele – najlepiej jeszcze leżąc krzyżem na zimnej posadzce tuż przed ołtarzem i ze stówą w zębach na ofiarę, błagać o odpuszczenie grzechów – ale mam inne zwyczaje.
Z dzielną Izabelą u boku i niezawodnym Nikodemem w torbie przeczesywaliśmy miasto w poszukiwaniu jesieni. I choć jesień widoczna gołym okiem na każdym fragmencie ulicy, została już cyfrowo zarejestrowana – to nadal szukaliśmy czegoś, co ukoronuje ten dzień ;)
No i proszę. Niemalże w centrum miasta stoi cudeńko, strzeżone przez bliżej niezidentyfikowaną firmę ochroniarską z groźnie brzmiącą nazwą, z powybijanymi szybami w oknach, przez które wcale nie było tak ciężko się przecisnąć ;)
W niewymuszony sposób powoli powstaje cała seria miejsc noclegowych bezdomych.

Wiecie co jest fascynujące w takim miejscu?
Ci ludzie, bezdomni, brani przez nasze społeczeństwo za zło konieczne, margines społeczny, który egzystuje już nawet po za tym pieprzonym i wymuszonym marginesem – próbują żyć normalnie. W każdej takiej „melinie” panuje porządek, który w jakimś stopniu pewnie sprawia, że oni czują się jak w domu. Ubrania wiszą na gwoździach, wszelkie przedmioty codziennego użytku, o ile takie posiadają, stoją równiutko ułożone na parapecie.
Przypomina mi się historia z dzieciństwa, o której kiedyś pisałem w innym miejscu. Moja nieżyjąca już osobista i prywatna babcia co niedzielę gotowała wielki gar zupy i potem wędowała z nim na dworzec i jego okolice karmiąc tych wszystkich bezdomnych, właśnie. Wśród nich było mnóstwo wykształconych ludzi, którzy swego czasu zajmowali wysokie stanowiska w poważnych firmach – ot, życiowo potknęli się i nie było czego ani kogo się złapać, żeby do końca nie upaść.
Mam bujną wyobraźnie, więc mijając na ulicy bezdomnego zawsze układam sobie w głowie jego historię.

I abstrachując od bezdomności, kilka zdjęć z miejskiego szlajania się, gdzie oczy poniosą.

I na koniec dzielna Izabelka, której muszę jakiś medal sprawić za cierpliwość do mojego włóczęgostwa ;)

Lubię takie dni.


Sportretowana Anna K.

Trzysta sześćdziesiąt pięć dni namawiałem Anię na to, żeby pozwoliła sobie zrobić kilka zdjeć.
No i dziś się udało – w towarzystwie siąpiącego deszczu i wiatru wciskającego się w każdą szczelinę okrycia wierzchniego – powędrowaliśmy ulicami zakorkowanej Gdyni w poszukiwaniu „miejskiej intymności”, o ile rzeczywiście taka istnieje. Efekty poniżej :)

Czekam na piątek.
Połączenie poezji, dredów, fioletu i makaronu oraz wymieszanie tego wszystkiego w kadrze uśmiecha mnie szeroko!


Autodestrukcje

Zwyczajnie pieprzyć? Te autodestrukcje, w sensie.
Rozpierdoliwszy swój własny system i pławiąc się w blaskach zajebistości tych wszystkich wokół ułożonych w kostkę czekolady gniecionej po szwajcarsku, z rękoma w kieszeni Antonina zadrżawszy namiętnie, westchnęła w stronę wstającej plamy słońca, w plastrze ulicy wzrokiem potem szukając miłości nuciła wielkie piosenki o małych uczuciach. Antonina nosiła kwieciste spodnie z szerokim stanem (niech będą Ci wszyszcy właśnie tu i ówdzie poświęceni), w których modląc się o stan ducha dogaszała niedopałki uczucia w sercu. Chłodną ciszą wypełniając przepastność chwili, w której trwała – Antonina wcale nie była dziwna, była jedyna w swoim rodzaju. Pół otwartymi oczami spożywała czerwone herbaty i ładnie wyglądając przez okno swojego siedmiopiętrowego bloku przeczesywała włosy bladymi palcami. Czasami płakała, w niedosycie życia, świata i pochodnych, które układając się w uśmiech powinny trwać gdzieś tuż obok, na wyciągnięcie ręki przecież. Pewnego dnia, Antonina spacerując brzegiem swojej wyobraźni odkryła Tę Właśnie Prawdę i wyciągnąwszy pogniecioną kartkę papieru spomiędzy krzywo ułożonych książek postanowiła napisać swoją historię.
Ułożywszy się wygodnie w lewym wgnieceniu zielonej kanapy, Antonina zrobiła się mała – zrobiła się mała i mieszcząca się w dłoni.
I zapaliła małego papierosa, poprawiła mały pierścionek i zapłakała mało. Antonina umarła. (…)



Zupełnie półprzytomnie, z półkubkiem półkawy i półprzemijaniem półczasowym na półramieniu, jesteś półbogiem tylko.

Potrzebuję Ludzi – łapczywe i zachłanne jest moje portretowanie ostatnio.
Jakbym ich zbierał i mówił, że są dla mnie ważni tylko dlatego, że są ludźmi – nie muszą nic więcej.
Siedzę i patrzę. Ale chyba o to mi zawsze chodzi.

/Na zdjęciach Ewa, którą fotografować najzwyczajniej na świecie kocham :)


Ba’Rock, Nie Ba’Rock / FashionVaria

Udało się!
Długo czekałem na takie zdjęcia – w zasadzie nigdy wcześniej nie było okazji do plenerowych zdjęć typu fashion współorganizowanych
z mocną ekipą pod postacią fryzjerów, stylistek i wizażystek – momentami w jednej osobie !
Sześć godzin, sześć stylizacji, trzy modelki i mnóstwo pomysłów na zdjęcia w przyszłości !

Fryzjer – Ewa Klepacka
Make-up – Ewa Klepacka
Stylizacja – Ewa Klepacka
Modelka – Alicja

Fryzjer – Krzysztof Rogal
Make-up – Ewa Klepacka
Stylizacja – Krzysztof Rogal & Ewa Klepacka
Modelka – Monika

Fryzjer – Krzysztof Rogal
Make-up – Krzysztof Rogal & Ewa Klepacka
Stylizacja – Krzysztof Rogal
Modelka – Magda

I tyle.
Jak zwykle lawina zdjęć, ale myślę, że da się to przeżyć? ;)
Pozdrawiam!


Go to the Hel(l)

piotrowskii.com - hel (3)

W tym mieście czas płynie trochę inaczej – zwłaszcza na początku września, tuż po sezonie, gdy znika tłum wszechobecnych turystów i jest jakoś spokojniej.
Ostatni raz byłem tam ponad rok temu, kiedy to nasz najlepszy wykładowca postanowił urządzić tam „zaliczenia” z podstaw kompozycji obrazu.
Zaliczaliśmy też wszystkie knajpy po drodze komponując się z morskim jadłem i trunkami niskoprocentowymi ;) Niektórzy spożywali tylko herbatę z cytryną.
Oczywiście, że robiliśmy zdjęcia – ale zupełnie inaczaj jest połazić z lokalesem, który zna tam każdą dziurę, kamień i drzewo i który pokazać Ci może miejsca, których generalnie nie zwiedza się. No bo kogo zainteresowałaby opuszczona hala remontowa dla statków, śmierdzące zakamarki portu czy blok rodem ze slumsów Nowego Jorku, gdzie schody przyklejone do bocznej ściany nigdzie nie prowadzą? No tylko mnie ! :)
A, że owy lokales, o którym wspomniałem, jest właścicielką żółtych papierów, zdiagnozowanego ADHD i różnych pokrewnych rzeczy, które biorę za pozytywne cechy charakteru – i do tego nie widzieliśmy się chyba z siedem lat jak nie więcej – no to żyć, nie umierać!

Śmiga sobie taki człowieczek wśród statków, mew i rybaków i podziwia wielki, betonowy mur, który chroni miasto przed morzem.
Za sprawą tzw. Kogi można poczuć się trochę jak nie w Polsce :)
Bo tuż za kogą to już fragmenty PRLu pełną gębą. PRLu w architekturze. A taki lubię.
Pozdrawiam!


Jamnik i Żaba

A gdyby tak w rzeczywistości skrzyżować jamnika z żabą?
Wyobrażacie to sobie?
Żaba krótkowłosa, która szczekając na wszystkich wokół drapie się za uchem.
Albo jamnik w kolorze zielonym zamieszkujący bagna.
Mogłoby być ciekawie i dość osobliwie. Myślę.
Przedstawiam Przemka i Żanetę. Jamnika i Żabę.
Do Przemka pseduo „Jamnik” przykleiło się jakieś trzy lata temu i tak już zostało do dziś.
No i Jamnik Żabę sobie znalazł. I tak im mija rok.


Bastet

O Bastet mógłbym napisać historię rodem z zagranicznych, niszowych filmów o trudnej sztuce miłości.
Mógłbym ją napisać i zastanawiać się czy ta historia, aby na pewno jest prawdziwa.
I czy na pewno zdarzyło mi się spotkać tę kobietę.
Poznaliśmy się kilka lat temu w jednej z rosyjskich restauracji, gdzie Bastet śpiewała stare piosenki Edit Piaf kulejącym francuskim.
Dość absurdalnie.
Tuż po jej występie wyciągnąłem aparat, żeby pstryknąć zdjęcie i w tym momencie ona powiedziała coś w stylu „Ja haczu jeszczo…”, co miało najwyraźniej znaczyć, że chce jeszcze i więcej.

Bastet była jak kot – piękna, niezależna.
Nasza znajomość była bardzo krótka, aczkolwiek intensywna.
Po tych zdjęciach, już nigdy więcej jej nie spotkałem.

;)

Zdjęcia przeleżały na komputerze kilka lat.


Plener ślubny Agnieszki i Pawła

piotrowskii.com - plener slubny


Ślub Agnieszki i Pawła

piotrowskii.com - slub Pawla i Agnieszki (46)

I stało się.
17 września Agnieszka i Paweł powiedzieli sobie sakramentalne „tak” – co miałem zaszczyt i z wielką przyjemnością sfotografować.
Dziś mija siódmy dzień ich małżeństwa, a z racji ogólnego przekonania, że siódemka należy do liczb szczęśliwych – postanowiłem dodać kilka zdjęć z ich ślubu właśnie dziś. Na szczęście. Oficjalnie mówi się, że poznali się w pracy, gdzie oboje zajmują się alkoholami wszelkiego rodzaju. Jednak po usłyszeniu pewnej historii od ich wspólnej znajomej, która ponad wszelką cenę chce pozozostać anonimowa, stwierdziłem, że nie mogę tej historii nie opisać.

Poprawiwszy kosmyk włosów opadający na czoło, Agnieszka wsadziła rękę do kieszeni wyjmując mietówkę, która przy cudownych właściwościach regenerujących (miętówka, nie Agnieszka), miała tylko dwie kalorie. Głośno westchnęła, spoglądając zmrużonymi, pięknymi oczyma w błękit nieba i wsadziwszy owe dwie kalorie pod postacią mietówki do ust, wsadziła też ręce do kieszeni swej przepastnej spódnicy kupionej kiedyś, gdzieś na anonimowym targu za anonimowym miastem. Powietrze było ciężkie od natłoku jej myśli, od niepewności świata w którym trwała popychana przez los i choć spódnica wcale nie była spódnicą wygodną, to jednak Agnieszka lubiła tę spódnicę. „Gorąco dziś” pomyślała, oblizując swoje pełne wargi w kolorze soczystego różu i siadając na zniszczonej ławce barwy dosyć nijakiej, rozmyślała dalej, wzdychając z jakieś bliżej nieokreślonej tęsknoty. „Ah, gdyby tak …” przerwała w pół zdania rozproszona przez młodzieńca na białym rumaku, którego policzki oblane pąsowym rumieńcem uniosły się w uśmiechu na widok pięknej niewiasty. Młodzieniec imieniem Paweł, po ujrzeniu Agnieszki pełny był niepewności, walczył ze sobą, toczył bitwę myśli – „Bo cóż ja jej powiem, kiedy już zatrzymam swego muskularnego rumaka tuż obok? Jak Jej powiedzieć, że piękniejszej nigdy nie widziałem?” I niewiasta Agnieszka też poczuła ukłucie w swym sercy na widok młodzieńca, a że należała do niewiast wyzwolonych zakrzyknęła z perlistym uśmiechem „Dokąd kopytkujesz, na tym pięknym rumaku piękny młodzieńcze?”. Paweł zatrzymał się i z nieśmiałym uśmiechem, zsiadł ze swojego rumaka w kolorze krzyczącej bieli. „Nadobna niewiasto piękniejsza od wiosny …” wyszeptał, podchodząc bliżej i łapiąc ją w pasie swoimi opalonymi ramionami podniósł ku górze, śmiejąc się już szeroko i głośno. A potem, tuż po zwariowanym dniu zaślubin, żyli długo i szczęśliwie. :)

Tuż po wizualizacji tej niesamowitej i opartej na faktach (a jakże, autentycznych!) historii propnuję przejrzeć kilka zdjęć.

Słowem wyjaśnienia – Szanowna Pani klasycznej urody z twarzą w kolorze bordowym, wręczając mi czerwone kwiecie najwyraźniej pomyliła mnie z panną młodą – dziwię się, wszak nie jesteśmy do siebie z Agnieszką w najmniejszym stopniu nawet podobni. A, że Szanowna Pani była błyskawiczna w swym działaniu – nie zdąrzyłem nawet odpowiednio ostrości ustawić. Porwawszy łapczywie weselną wódkę, wyrywając przy tym prawie prawe ramię pana młodego, zniknęła w czeluściach pobliskich krzaków nucąc pod nosem „Dzisiaj w Betlejem” :)
W niedzielę zaplanowany plener ślubny, dość nietypowy, a za co za tym idzie – przeze mnie już wielbiony pod każdym względem. Bo niesztampowe plenery ślubne to ja mogę uprawiać codziennie i do osiemdziesiątego roku życia, nawet bez ubezpieczenia ;)
I jesień przyszła, o czym zdarza mi się zapomnieć co jakiś czas – więc kaszląc po kątach, pociągający jestem.
I w tej swojej „pociągającości” właśnie, Agnieszce i Pawłowi życzę, aby owe wspólne kopytkowanie przez życie upływało im w szczęściu.


Plener ślubny Moniki i Sebastiana


Lekkie zabarwienie ślimakowe

Skłamię jeśli napiszę, że planowałem te zdjęcia.
Dobrym przykładem przypadku w fotografii jest sam Nicéphore Niépce – uważany za ojca prafotografii. Dlaczego? Bo i u niego wszystko działo się przypadkiem i gdyby nie On, myślę, nie fotografowalibyśmy.
Przekonany jestem, że gdzieś w świecie na pewno istnieją takie zdjęcia, że ktoś już wpadł na taki pomysł i uskutecznił go na swój sposób. Sfotografowano już chyba wszystko – teraz można tylko nadrabiać postprodukcją i bawiąc się środkami artystycznego przekazu dopełniać obraz swoim „widzimisię”. Na zdjęciach Ewelina zwana Pigułą z Gdyni, gościnnie wystąpili też Kasia i Bastian.

Kasia na tych zdjęciach jest zjawiskowa pod każdym każdym.

I na koniec Bastian, który zdecydował się na sesje na zasadzie Time For Print.

Oprócz udział w moim tzw. wyziewie artystycznym, załapał się też na kilka zdjęć portretowych bez ślimakowych wspomagaczy.

I na koniec jeszcze Kasia.

Udanego weekendu wszystkim!