Maurycy ;)
Ulicznie jest. Tak bardzo, że jutro powstaję o szóstej rano i wybywam w miasto umiłowane. Z aparatem, rzecz jasna.
Mucho-karłątek
(Mam dosyć ciągłości tych przypadków tkwiących w człowieku. Wolałbym być czasownikiem i działać konstruktywniej niż dotychczas. Nie potrafię zebrać się w sobie, nie mam motywacji – wszak dni wydają się być takie same, identyczne.)
Co się dzieje, kiedy wypalasz się mentalnie? Kiedy czas wydaje Ci się osowiały, kiedy Dni przytłumione w sposób namacalny w żaden sposób nie potrafią rozjaśnić tej deliaktnej poświaty beznadzieji, w której tkwisz czas jakiś? Kiedy codzienne dzielenie wspólnego uśmiechu, ciszy i chleba przestaje być satysfakcjonujące? Szukam sposobu na tą szeroko pojętą dziwność, lekarstwa szukam.
Myślę, że mógłbym być szaleńcem tnącym własne powietrze, wyimaginowanym WszeArtystą, który przy okazji poniedziałkowo popłudniowej herbaty, rozsiadłby się w śmietanowych kryzach wokół szyi i zagapiał niemo na drzewa, ich szum i zieleń. I niebo. I te świezo co urodzone koty z kropalmi mleka na wąsach.
Myślę, że słyszałbym głosy, szeptem rozpięte w Twoje usta, widziałbym blade twarze pokryte piegami i widziałbym to wszystko czego na codzień zwykły człowiek mógłby się wstydzić.
Duży będę od jutra, dziś jeszcze zasnę z marzeniami pod kwiatową kołdrą. Mów do mnie tak …
(…) „Tato… Wojtek powiedział, że to nie moja wina”. Las rąk z białym paznokciami pieścił moje włosy. Pachniało karmelem. „Tato, to przez Piotra… on też kochał księżniczkę. Tak, wiem… Była chora…”. Przyjemna fala gorąca wylała się z potłuczonych butelek. I tyle bladych dzieci. Tyle spojrzeń przytulonych do mojego pępka. Pachniało karmelem… „Ty byłeś? Prawda? Istaniałeś? „Światło w każdym ziarenku bladoczerwonego piasku. Pocałunek. Milczenie. Pożądanie… „To tutaj? Jest tu Ania? a jej córeczka?”. Serce w świecie. Drzwi życia zamykały się skrzypiąc. Piękny. Piękny ja. „To ja? Tato? To ja?”. Płacz w zapach błękitnej poświaty. Jak pachnie cisza? Gdy ktoś umiera? Truskawki… strach układany zimnym wiatrem.
„Tato!!! Ja śnię, prawda? Piotrek wróci? Wiem, że wróci. Wiem! To tylko sen…”
Poczułem szarpnięcie w okolicach serca.
Poczułem, że bije.
W głowie dudniło takie nieznosne pik… pik… pik…
Rozmazane szepty w tle białych ścian i ten jeden nasycony jakąś nieopisaną ulgą…
– Będzie żył… -
Obsesje
Obsesje jutra, harmonie twarzy i dziwne sny. Muszę usiąść i się napisać przy następnej okazji.
Jestem / Bywało Delikatniej
Popołudnie nad morzem, potem parzona kawa i gra w karty przy drewnianym stole.
Bose Stopy
I deszcz (w ciepłych kałużach moczenie palców) na miękkiej podłodze, która kolorami jesieni jest. Medytuję przy QMR przytulony do drzewa, pisanie boli ostatnio. Wolałbym wyrażać się obrazami, wolałbym gdy ktoś zapyta pokazać mu niewerbalnie swój zakres kolorów, którymi potrafię się określić.
Swoje Kosmosy
(Chaos jest gdzieś na pewno rozkładając nogi czeka na spektakularne wejście pospolitych kurw nie umiejących nawet przeżegnać się w imię ojca syna i świadomości bo ducha świętego nie ma przecież i nigdy nie było)
Zostawię Sieć, pójdę nad Wodę, i złożywszy ręce w modlitwę za spokój całej nierzeczywistości WszechŚwiata Swojego oddam się słonym kroplom we włosach, na wargach i ramionach. Przeguby mojego miasta pełne są słońca, pomarańczowych oddechów i czerwonych truskawek. Napełniam się tym chaosem ulicznym, opierając się o chłodny metal Twoich oczu, odbijasz mi się w kałużach Kosmosu i pytasz o ten kilkudniowy syf w mieszkaniu, artystyczny nieład mojej twarzy i trzepoczące rzęsy niemych ptaków.
Czytam z tego światła.
Lipiec
Małe momenty, wycięte krawędzie i odgradzam się zasłonami od codzienności za oknem. Życie jest powolnym procesem umierania, myślę.
Energia – zaprzątam sobie głowę.
Kici Kici / Walcz!
Tępe bóle głowy zagłuszam kolejnymi kawami, rozmowy mi się nie kleją, chmury są fotogeniczne i Wioleta opowiada o swoim romansie z Tym Murzynem.
(Nie zaprzeczam.)
Chcąc zmienić Formę Całości staczam się w te świetliki w ciemności wypatrując Twarzy, co mają uśmiechać, potem następuje wyrwanie i rozmawiam z ludźmi o dupie-marynie w przyciasnej sukience w kwiaty, bo lato przecież. Pan Monroe uzależnia, nie tyle słowem co historią nim napisaną. Zeszyty w kratkę zapełniam niebieskiem długopisem tuż po otworzeniu oczu, ucząc się pamięci w pochmurne poranki. Nie ma sensu, jest splot czerwonych szminek, dziewczyn, włosów i kotów z długimi ogonami. Jest Chaos, podskórnie toczący krew w zakamarki ciała.
Mucho moja!
Sobie.
Na rowerze, w autobusie i między drzewami szukając inspiracji na nową serię, która zawiśnie w mieście na K. Przypadkiem natrafiam na piękne uśmiechy, na subtelnie słodką głupotę i zieloną zapalniczkę w kieszeni, którą odpalam papierosy.
Spożywanie Sutter Home na plaży, piasek w podwiniętych nogawkach i czarny las po dwudziestej trzeciej – nie martwię się, jakoś nie odczuwam tej potrzeby.
Co u mnie słychać? Słychać Morze – najbardziej.
Nowe Zabawki
Nowa zabawka drażni mnie z częstotliwością latającego koło dupy komara.
Kupiłem Adapter Odwrotnego Mocowania służący mniej więcej jak obiektywy makro, a przy tym tysiąc razy tańszy.
I co?
I się okazało, że matryca posiada mikroskopijne syfki niewidoczne gołym okiem. Więc walczę zawzięcie z niewidocznymi syfkami – płynem Hamy, gruszką i pędzelkiem – a małe skurwysynki dalej tam siedzą!
I bądź tu człowieku spokojny :)
Świszczę sobie
Jestem Hipochondrykiem.
Z bolącym gardłem idę do lekarza przekonany, nie mając jeszcze wyników o złośliwości swojego wyciętego guza, że najpewniej mam już przerzuty i został mi miesiąc życia. Gdzieś w poczekalni łapią mnie ostre ataki kaszlu, wszystkie siedzące naokoło babcie znikają, chowając się za zakrętem korytarza. Najodważniejsza z nich, wystawia głowę zza ściany i chowając usta za chusteczką, dopytuje czy ja aby na pewno jako drugi na dziewiątą wchodzę i żebym karteczkę z rejestracji pokazał (Chryste..)
Czasowo
Brzegiem niebieskiej filiżanki, pogwizdując i patrząc w kosmos.
Ten rozrywający ból w płucach i palące gardło doprowadzają mnie do szału. Szał jest subtelny, bo nie mam za duzo siły, żeby ten szał uprawiać intensywniej niż bym chciał. To cudowne uczucie przeziębiać się co tydzień, z bólu głowy nie widzieć na oczy i dotykając skóry na przedramieniu dochodzić do wniosku, że chyba się rozpadam i leżę fragmentowo w dywanie szukając nogi i ręki. (Młynku kawowy..)
Śniły mi się włosy Damiana, tego dwulatka Katarzyny, który po wejściu do mojego mieszkania bawi się telewizorem i wszystkimi niepochodnymi, ułożonymi chociażby w rządek małych kolorowych świec.



















