Jak bardzo można być prawdziwym?
Ostatnie rozmiękczanie się nad podłością Małych Światów doprowadza stan umysłu do filzofowania.
Filozowanie w tym wypadku ma postać bardzo złożenie-pokrętną. Jesteś tylko Ty i Twój umysł, który zupełnie nieprawidłowo zagnieżdżony w przestrzeni tworzy rzeczy niemożliwe. Ludzie nie powinni umierać z tyloma emocjami w sobie – powinni mieć możliwość uzupełnienia swojej Pustki w taki sposób, żeby po śmierci móc zacząć z czystą kartką papieru. Autobusowe przeciągi można wówczas tłumaczyć dopiero z perspektywy odległej przeszłości, jakże z pozoru bezpiecznej i już nie aktualnej, prawda? Wszystko jest tylko dymem papierosa wypalanym tuż przed snem przecież. A kiedy już zaczynasz pieprzyć się ze sobą, rozpychając wszystkie sprzeciwy na boki, dostrzegasz możliwość poznania tej prawdy właśnie. A potem i tak już wszystko przestaje być. Są tylko rozłożyste drzewa, przekrojona pomarańcza słońca na niebie, nieistniejące ptaki i chwiejące się na koślawych nogach słowa, których nie zdąrzyłeś powiedzieć.
Migawki
Nastąpiło zupełne trwanie w przypadkowości chwili – i nawet nie wiem czy powinienem próbować nad tym panować.
Klub Filmowy „Żyrafa”
Z racji faktu, że mój organizm jest bardzo gościnny – Witaj Przeziębienie! :D
A do Klubu Filmowego jeszcze wrócę. Ze statywem.
Do poczytania o tym klimatycznym kinie: tutaj.
Nadzwyczaj w zwyczaj
Śnieg pachnie i popadam nadzwyczaj w zwyczaj.
(O prowadzeniu koślawych zdań wyplutych i gubiących się w gramaturze tego światka.)
Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy mnie nie słuchają. Potem całość układa się na ustach w przeciągłe „A nie mówiłeeem…?”
Spada migawka jak gilotyna (…)
Siedząc w dwóch różnych skarpetkach (mam jeszcze jedną taką parę ! ;)) odpalam leniwie telewizor.
Seriws pogodowy. Pani, która jednym okiem patrzy przed siebie, a drugim w lewo, radośnie informuje, że napływa do nas powietrze polarno-morskie.
A powietrze polarno-morskie to takie, które bezczelnie sprawia, że muszę sięgać garściami po tabletki z ibuprofenem.
Zdenerwowała mnie owa Pani, więc w akcie zemsty przełączyłem ją na jakąś stację muzyczną, gdzie niejaka Edzia G. zarzekała się uparcie, że nie była Ewą.
Pada deszcz i podobno za tydzień mamy Święta Bożego Narodzenia.
Na klatkach schodowych dziwne rzeczy ludzie wywieszają.
Słabo kontaktuję dziś.
Opuszczone hale Polifarbu
Wstaje sobie człowiek po niewyspanej nocy, lezie z jeszcze przymkniętymi oczyskami do kuchni, żeby wodę wstawić na kawę i zza ściany słyszy, jak jego cudowna i wspaniała sąsiadeczka po sześćdzisiątce na cały głos ryja drze, że „biaałeeeego miiiisiaaaa … aaaaaa”.
No przecież przytuliłem się do tej ściany, żeby sprawdzić czy czasem, z tego porannego zaspania, w uszach mi się nie popierniczyło solidnie, ale gdzie tam „… on przypomni, przypomni …chłopca Ci…”.
Więc od godziny głośniki męczę Jelonkowym BaRockiem, żeby misiowo mojej sąsiadki smutno nie było ;)
Z resztą owa sąsiadka to w ogóla artystka jakich mało. Innym razem na cały regulator włączyła Wiolettę Villas i z rozlegle nagą górną częścią ciała wyszła na klatkę schodową, żeby potańczyć. Mówię całkowicie poważnie.
Mam jeszcze sąsiada-trąbkarza, która ćwiczy na tej swojej trąbce w najmniej odpowiednim momencie.
I sąsiadkę-pijaczkę, matkę wszystkich kotów na osiedlu – którejś bardzo mroźnej zimy, ubrana w zielone paputki zwane dalej kapciami i w eleganckiej sukni z odkrytymi plecami próbowała wejść po schodach na swoje piętro. Strasznie wtedy wiało na tym korytarzu, więc miała niemałe problemy z utrzymaniem równowagi ;) .
Potem przeturlała się po schodach wprost pod moje drzwi i turlała się tak intensywnie, że kiecka jej się podwinęła prawie pod szyję.
Miała na sobie dziwne pantalony. Judasz w drzwiach – dobra rzecz ;) :D
Dziś mała powtórka z ostatniej eksploracji. Eksploracja połączona z moim wyziewem artystycznym. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Opuszczony peron PKP i współtowarzyszące
Ostatnio chłonę całym sobą takie miejsca. Albo one pochłaniają mnie.
W każdym bądź razie w jakiś przedziwny i tajemniczy sposób współegzystujemy.
Lubię taki stan.
I w nabliższym czasie nie zamierzam tego zmieniać.
Towarzyszył Paweł. Miałem napisać o nim coś głupiego, ale tym razem sobie daruję.
Z drugiej strony, uśmiech psychopaty z zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi na jego twarzy mówi sam za siebie ;)
O Różowościach Świata Tego
Z konsternacją na wypudrowanym policzku napuchniętej twarzy i dumnie głowę unosząc, w sposób może nawet majestatyczny, w akcie rozrzuconych majtek wokół łóżka, wzięła i wyszła. Wzięła i wyszła głośno, głośniej niż planowała i choć drzwi, którymi trzasnęła wcale się nie zamknęły to głupio jej było wracać, żeby udowodnić sobie i Jemu, który siedział krzywo na krawędzi tego łóżka skrzypiącego, że ona te drzwi jeszcze raz trzaśnie. Tak żeby się zamknęły i żeby słowo ostatnie należało do Niej. Chciałoby się rzec, że zostawiła w tym pokoju przez przypadek torebkę i majtki. I serce.
Opieram się, ułożony prawym bokiem do lewej ściany szklanego przystanku i podziwiam jak mi się miasto rozbudowuje. Opieram się i podziwiam w milczeniu, żując ze smakiem gumy owocowe z pobliskiej stacji beznynowej. Ręce mam w kieszeni, ciężką torbę, bo jakieś zdjęcia jadę robić za miasto i czekam na autobus lini nijakiej, który to za to miasto mnie zawiezie. A ta guma to mi się ciągnie jakoś niesmacznie czy coś.
I staje nagle nieopodal blondi-bejbe, w różowym futrze z kota (?) i z cienkim papierosem między palcami zaciąga się nonszalancko i wydawałoby się dystyngowanie.
W tej blond-bejbowej czuprynie, która okala pomarańczową, jakże naturalnie opaloną twarz, to nie jestem w stanie rozpoznać koloru oczu, bo grube na pięćdziesięt centymetrów makijażowe kreski wokół nich – uniemożliwają mi to. No więc stoimy tak sobie oboje, ja w dalszym ciągu się opieram, a blondi-bejbe kończy właśnie papierosa i ruchem zaaferowanej księżniczki, z miną urzędniczki państwowej, która właśnie menopauzę przechodzi, rzuca tego papierosa na chodnik, między mokre liście i tym swoim białym obcasem białego kozaczka, przygniata, żeby dogasić. Już mi się za różowo zrobiło przed oczyma, więc wzrok odwracam, a blondi-bejbe z maciupkiej torebeczki w cekinki, ptasie piórka i inne dziwne ozdóbeczki (?) telefonik wyciąga, z jakimś dziwnym bryloczkiem który przyczepiony do pink telefoniku zwisa jeszcze trzy metry w dół i tymi swoimi szponami w różowy wzorek, którymi mogłaby pewnie tapety zrywać, jako tapetozrywarka w firmie budowlanej, głośno westchnąwszy próbuje wystukać jakimś numer. I, o zgrozo, odzywa się na głos i ja już nie jestem w stanie się opierać jakoś przyzwoicie o ten przystanek, więc prostuje się i odchodzę kawałek dalej, żeby śmiechem nie parsknąć.
-Ej, no heloooł? Ja tutaj czekam…?, poprawia tymi szponami w różowy wzorek blondi-bejbe swoją blondi-czuprynę i moim oczom (bo w dalszym ciągu obserwowałem ukradkiem to zjawisko przyprzystankowe), ukazało się różowe pasemko.
- Ej noooo, chyba żartujesz … Heloooł?
Rozłączyła się i nerwowo zaczeła przeszukiwać swoją torebunię, klnąć przy tym soczystym różowym pod nosem.
A ja mam myśli mordercze, wyciągam swój telefon i podchodzę. Trzy ciosy w twarz z górnego kantu telefonu, potem chwyt za włosy i o drewnianę ławkę przystanku ze dwa razy, potem ściągam jej tego białego kozaczka i obcasem wydłubuje z pomarańczowo-pomarszczonej twarzy lewe oko, krzycząc w jakimś amoku „Gdzie wy się takie rodzicie?! Kto was robi?!”. Ocknąłem się. Różowa blondi-bejbe odpala papierosa, a ja na szczęście właśnie wsiadam do swojego autobusu i ostatnie co widzę, to jak blondi-bejbe sprawdza w małym lusterku czy jej się dwudziestokilogramowy makijaż nie pogniótł i czy aby różowe pasemko na pewno odpowiednio widać. Nie lubię takich kobiet – choć słowo „nie lubię” to chyba za mało.
Dawo temu i Paweł
Powroty do pracy, po kilku dniach wolnego, są baardzo bolesne. Ja się pytam, gdzie jest weekend?! ;)
Na zdjęciu – dawno temu sportretowany, Paweł.
Dawno, dawno temu …
Po Gdyńskim Porcie śmigałem przy okazji przygotowywania wystawy „Przyjrzyj się ! Modernizm Gdyni”, część zdjęć portowo-zabytkowej architektury była już wykorzystana. Cała reszta, upchnięta na dysku zewnętrznym w folderze „Portek”, czekała na swój czas.
Minął rok. Mniej więcej.
I tu następuje szablonowy kurwamaćjapierdolizm uroczysty – uroczyście przysięgam, że w owym czasie musiałem być kretynem zapisując zdjęcia w JPGach, a nie w RAWach. No cóż, człowiek całe życie uczy się na własnych błędach…
Mało wyjściowe JPGi, trochę bez ładu i składu, ale jest jakiś sentyment do tych kilku, wielogodzinnych spacerów po porcie.
Pomiędzy słowami Ania
Niezwykle ciężko jest zlokalizować współrzędne tego uśmiechu.
Rozedrganie panujące wszędzie nie powinno pozwolić na to, jesienne nostalgie pogniecione w żółtość liści, chłodne autobusy i na wpół wymieszane zielone herbaty wypijane duszkiem nad krzywą ciszy.
Można się staczać myślowo, drążąc spojrzeniem wszystkie twarze, rozkładać je sobie na czynniki pierwsze, drugie i ostatnie, a na końcu właśnie układać liery w zdania, zdania w szepty, a szepty w krzyki. I krzyczeć gdzieś w przestrzeń. Na płaszczyźnie współbycia.
Jesteśmy tylko sumą oddechów.

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim, stojąc na swoim kawałku pomarańczy, głęboko zaciągam się niebem.
Przebudowa Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni
Na tym terenie, co to się rozrasta monstrualnie owy Park, stały kiedyś magazyny Zakładu Komunikacji Miejskiej. Albo może były to jakieś stacje naprawcze, tudzież zajezdnia? To jest nie ważne :)
Ważne, że zanim wszystko zostało sprzedane pod inwestycję i zburzone – zdąrzyłem wleźć jakoś wybitym oknem do środka i zrobić zdjęcia.
To jedno z bardziej fascynujących miejsc tego typu, w którym byłem – może za sprawą mnóstwa pozostawionych tam przedmiotów?
Zupełnie tak, jakby dosłownie ludzie przed chwilą opuścili to miejsce…
Byłem tam w połowie czerwca tamtego roku.
Wspomniany czerwiec był wtedy bardzo gorący – ze środka wyszedłem nieziemsko przepocony.
W pobliżu znajdował się jeszcze tajemniczy budynek, w którym kiedyś mieściła się chyba jakaś kotłownia czy coś w tym stylu.
I w ten oto sposób wyszedłem ze zdjęć, które czekały na owe wyjście ponad rok czasu. Dziękuję, miło mi ;)
Były węzeł łączności dowództwa Marynarki Wojennej
Ten dzień miał wyglądać trochę inaczej, ale bywa tak, że nie zawsze jest tak jak sobie to zaplanowaliśmy – ba! czasami jest nawet lepiej ! ;)
Najpierw powstała wersja, że Sławek, Iza, Ania i ja spod nowoczesnych orłowskich centrów handlowych udamy się w stronę jesiennych mórz bałtyckich.
W drugiej wersji, którą musieliśmy przyjąć ze Sławkiem bez mrugnięcia okiem, Izie zjechali się goście „wszystkoświętowi” i musiała ich ugaszczać, a Ania tuż po zaspaniu na nasze spotkanie, w zaciszu własnej domowej łazienki walczyła z ogólnym wkurwieniem na świat i opakowaniem podpasek ze skrzydełkami ;)
Całkiem spontanicznie Sławomir K. rzucił hasło w stylu „blablabla opuszczone blabla” – i już samo słowo „opuszczone” sprawiło, że moja twarz wykrzywiła się w przeszerokim uśmiechu. Na początku pełni siły i energii wszelkie miejskie góry obsypane domkami jednorodzinnymi po bokach pokonywaliśmy z przysłowiowym palcem tu i ówdzie.
Ale zanim o docelowym miejscu i wyznaniu uczucia Chwilowej Nienawiści dla Sławomira K. kilka zdjęć z przypadkowo spotkanej chatki, która okzała się kolejnym miejscem bezdomnych. Tym razem nawet z bezdomnym w roli głównej, śpiącym pod brudnym prześcieradłem. Projekt „Bezdomność” powolutku rośnie.
Sławomir K. to na codzień ogarnięty człowiek, którego orientacja w terenie w skali od jeden do dziesięciu wynosi zero ;)
Dlaczego? Stoimy więc sobie na krawędzi jakiegoś grabówkowo-chylońskiego osiedla, na polno-leśnym skrzyżowaniu i wspomniany Sławomir K. przekonany o wyższości swojej pamięci nad moją pamięcią (przecież sprawdził google earth przed wyjściem z domu!) włazi w lewą leśną ściężkę. I tym oto sposobem błądzimy trochę przez najbliższe dwie godziny, spotykając dziwnych „leśnych” ludzi, którzy na pytanie o opuszczoną jednostką wojskową albo, patrząc nieobecnym wzrokiem w korony drzew, mówią, że nie mają pojęcia albo kierują nas na czterystostopniowe schody, na końcu których okazuje się, że owszem jest jednostka, ale nawet w najmniejszym stopniu nie jest jednostką opuszczoną. Jestem pewny, że Sławkowi jeszcze nikt tyle razy w ciągu jednego dnia nie wyznał „nienawidzę Cię!”. Taki ostatni wysiłek fizyczny pamiętam z czasów przedszkola, bo potem to się oszczędzałem ;)
Kiedy w końcu okazało się, że w pukncie wyjściowym trzeba było pójść w prawo i przejść kilkadziesiąt metrów (powtórzę:kilkadziesiąt metrów!), żeby znaleźć się na miejscu – z wywieszonymi jęzorami i prawie czołgając się na czworaka ze zmęczenia w końcu znaleźliśmy. Widok tych wszystkich budynków zrekompensował nam te ciągnące się pod górę godziny.
Były węzeł łączności dowództwa Marynarki Wojennej, nazywany ogólnie opuszczoną jednostką wojskową. W pierwszym dyptyku rzeczony Sławomir K. – oficjalny sponsor mojej okrutnej zadyszki powstałej na skutek wdrapywania się na leśne wzgórza , moje płuca też Cię znienawidziły ;)
Wszystko dzięki Sławkowi właśnie, dlatego też obiecałem sobie, że wcale kolegi nie zablokuję na gg i facebook’u w akcie zemsty za ten dwugodzinny, okupiony litrami potu, „spacerek” po lesie. Niech Ci będzie wybaczone ! ;)
Było bardzo pozytywnie !
Miasto, jesień i bezdomność
Ślamazarnie tocząc półuśmiech pod nosem, w wysłużonej kieszeni równie wysłużonych spodni zapalniczki szukając klnę też soczystością resztek zieleni w mieście. Mamy Jesień, pełną gębą rozsiadłwszy się w zagłębieniu ulicy liście zrywa i kapryśnie wydłuża godziny. Pod liściami (liśćmi?) brud miasta ułożony bezwiednie jakoś, sprawia, że chce mi się absolutnie nic. Nic można popijać chłodną herbatą i przyduszać kłębami dymu papierosowego. I zagryzać czym popadnie.
W sypiącym się zabytku klasy w pełni nienajwyższej, który widać powyżej, byłem w połowie lipca. Z Dorotą.
I wówczas odkryłem, co w takich miejscach robię bardzo często, że miejsce zostało zagospodarowane na małe mieszkanko z aneksem kuchennym i łazienką, w każdym dostępnym kącie nieużywanych pokoi. Powstało kilka zdjęć:
Wiem, że niedzielę, według mentalności wszystkich moich zdewociałych sąsiadek, powinienem spędzać w kościele – najlepiej jeszcze leżąc krzyżem na zimnej posadzce tuż przed ołtarzem i ze stówą w zębach na ofiarę, błagać o odpuszczenie grzechów – ale mam inne zwyczaje.
Z dzielną Izabelą u boku i niezawodnym Nikodemem w torbie przeczesywaliśmy miasto w poszukiwaniu jesieni. I choć jesień widoczna gołym okiem na każdym fragmencie ulicy, została już cyfrowo zarejestrowana – to nadal szukaliśmy czegoś, co ukoronuje ten dzień ;)
No i proszę. Niemalże w centrum miasta stoi cudeńko, strzeżone przez bliżej niezidentyfikowaną firmę ochroniarską z groźnie brzmiącą nazwą, z powybijanymi szybami w oknach, przez które wcale nie było tak ciężko się przecisnąć ;)
W niewymuszony sposób powoli powstaje cała seria miejsc noclegowych bezdomych.
Wiecie co jest fascynujące w takim miejscu?
Ci ludzie, bezdomni, brani przez nasze społeczeństwo za zło konieczne, margines społeczny, który egzystuje już nawet po za tym pieprzonym i wymuszonym marginesem – próbują żyć normalnie. W każdej takiej „melinie” panuje porządek, który w jakimś stopniu pewnie sprawia, że oni czują się jak w domu. Ubrania wiszą na gwoździach, wszelkie przedmioty codziennego użytku, o ile takie posiadają, stoją równiutko ułożone na parapecie.
Przypomina mi się historia z dzieciństwa, o której kiedyś pisałem w innym miejscu. Moja nieżyjąca już osobista i prywatna babcia co niedzielę gotowała wielki gar zupy i potem wędowała z nim na dworzec i jego okolice karmiąc tych wszystkich bezdomnych, właśnie. Wśród nich było mnóstwo wykształconych ludzi, którzy swego czasu zajmowali wysokie stanowiska w poważnych firmach – ot, życiowo potknęli się i nie było czego ani kogo się złapać, żeby do końca nie upaść.
Mam bujną wyobraźnie, więc mijając na ulicy bezdomnego zawsze układam sobie w głowie jego historię.
I abstrachując od bezdomności, kilka zdjęć z miejskiego szlajania się, gdzie oczy poniosą.
I na koniec dzielna Izabelka, której muszę jakiś medal sprawić za cierpliwość do mojego włóczęgostwa ;)
Lubię takie dni.
Sportretowana Anna K.
Trzysta sześćdziesiąt pięć dni namawiałem Anię na to, żeby pozwoliła sobie zrobić kilka zdjeć.
No i dziś się udało – w towarzystwie siąpiącego deszczu i wiatru wciskającego się w każdą szczelinę okrycia wierzchniego – powędrowaliśmy ulicami zakorkowanej Gdyni w poszukiwaniu „miejskiej intymności”, o ile rzeczywiście taka istnieje. Efekty poniżej :)
Czekam na piątek.
Połączenie poezji, dredów, fioletu i makaronu oraz wymieszanie tego wszystkiego w kadrze uśmiecha mnie szeroko!
Autodestrukcje
Zwyczajnie pieprzyć? Te autodestrukcje, w sensie.
Rozpierdoliwszy swój własny system i pławiąc się w blaskach zajebistości tych wszystkich wokół ułożonych w kostkę czekolady gniecionej po szwajcarsku, z rękoma w kieszeni Antonina zadrżawszy namiętnie, westchnęła w stronę wstającej plamy słońca, w plastrze ulicy wzrokiem potem szukając miłości nuciła wielkie piosenki o małych uczuciach. Antonina nosiła kwieciste spodnie z szerokim stanem (niech będą Ci wszyszcy właśnie tu i ówdzie poświęceni), w których modląc się o stan ducha dogaszała niedopałki uczucia w sercu. Chłodną ciszą wypełniając przepastność chwili, w której trwała – Antonina wcale nie była dziwna, była jedyna w swoim rodzaju. Pół otwartymi oczami spożywała czerwone herbaty i ładnie wyglądając przez okno swojego siedmiopiętrowego bloku przeczesywała włosy bladymi palcami. Czasami płakała, w niedosycie życia, świata i pochodnych, które układając się w uśmiech powinny trwać gdzieś tuż obok, na wyciągnięcie ręki przecież. Pewnego dnia, Antonina spacerując brzegiem swojej wyobraźni odkryła Tę Właśnie Prawdę i wyciągnąwszy pogniecioną kartkę papieru spomiędzy krzywo ułożonych książek postanowiła napisać swoją historię.
Ułożywszy się wygodnie w lewym wgnieceniu zielonej kanapy, Antonina zrobiła się mała – zrobiła się mała i mieszcząca się w dłoni.
I zapaliła małego papierosa, poprawiła mały pierścionek i zapłakała mało. Antonina umarła. (…)

Zupełnie półprzytomnie, z półkubkiem półkawy i półprzemijaniem półczasowym na półramieniu, jesteś półbogiem tylko.
Potrzebuję Ludzi – łapczywe i zachłanne jest moje portretowanie ostatnio.
Jakbym ich zbierał i mówił, że są dla mnie ważni tylko dlatego, że są ludźmi – nie muszą nic więcej.
Siedzę i patrzę. Ale chyba o to mi zawsze chodzi.
/Na zdjęciach Ewa, którą fotografować najzwyczajniej na świecie kocham :)
Ba’Rock, Nie Ba’Rock / FashionVaria
Udało się!
Długo czekałem na takie zdjęcia – w zasadzie nigdy wcześniej nie było okazji do plenerowych zdjęć typu fashion współorganizowanych
z mocną ekipą pod postacią fryzjerów, stylistek i wizażystek – momentami w jednej osobie !
Sześć godzin, sześć stylizacji, trzy modelki i mnóstwo pomysłów na zdjęcia w przyszłości !
Fryzjer – Ewa Klepacka
Make-up – Ewa Klepacka
Stylizacja – Ewa Klepacka
Modelka – Alicja
Fryzjer – Krzysztof Rogal
Make-up – Ewa Klepacka
Stylizacja – Krzysztof Rogal & Ewa Klepacka
Modelka – Monika
Fryzjer – Krzysztof Rogal
Make-up – Krzysztof Rogal & Ewa Klepacka
Stylizacja – Krzysztof Rogal
Modelka – Magda
I tyle.
Jak zwykle lawina zdjęć, ale myślę, że da się to przeżyć? ;)
Pozdrawiam!
Jamnik i Żaba
A gdyby tak w rzeczywistości skrzyżować jamnika z żabą?
Wyobrażacie to sobie?
Żaba krótkowłosa, która szczekając na wszystkich wokół drapie się za uchem.
Albo jamnik w kolorze zielonym zamieszkujący bagna.
Mogłoby być ciekawie i dość osobliwie. Myślę.
Przedstawiam Przemka i Żanetę. Jamnika i Żabę.
Do Przemka pseduo „Jamnik” przykleiło się jakieś trzy lata temu i tak już zostało do dziś.
No i Jamnik Żabę sobie znalazł. I tak im mija rok.
Ania i Ania
Człowiek ma w głowie akurat te fragmenty wspomnień, które pomimo tego, że są wspomnieniami szczęśliwymi – wywołują dziwne stany niekontrolowanego i irracjonalnego smutku. Dlaczego? Też nie wiem i w zasadzie zgłębiać tego nie zamierzam.
Ania i Ania.
Gościnnie Katarzyna, która nakręciła całą akcję, za co serdecznie dziękuję :)
Zdjęcia częściowo realizowane w pewnym hotelu, w sympatycznym apartamencie z widokiem na morze – po za tym całe mnóstwo różnych stylizacji i niekontrolowanego kobiecego chaosu pod postacią tuzinu różnokolorowych torebek, ubrań porozwieszanych na gałęziach w orłowskim lesie i kosmetyków (których zastosowania rozumieć NIE MUSZĘ) gubionych spontanicznie w trawie ;)
Działo się !
Ewa i pastele
Wypluwam płuca.
Czy można wypluwać płuca przy kaszlu zgodnie z zasadami savoir vivre?
Oczami wyobraźni widzę blondynkę imieniem Mariola, która w pozycji siedzącej na kamieniu trzyma w ręku wątrobę, oko jej wisi na żyłce, rękawem wyciera krew płynącą z ucha i mówi: „ohohohohooho, ale sobie kaszlnęłam”.
Więc chyba się nie da, choć powszechnie mówi się, że jedyną rzeczą, której nie da się zrobić elegancko jest wymiotowanie. Coś w tym jest. :)
Angina ropna gnieżdżąc się w moim organiźmie doprowadza mnie do kurwamaćjapierdolizmu powszechnego.
Jest jeszcze kurwamaćjapierdolizm uroczysty, ale o nim kiedy indziej.
Poszukiwanie odpowiedniego „pastelowego presetu” do programu, którego używam przy obróbce zdjęć zajęło mi kilka miesięcy.
I kiedy już zwątpiłem w istnienie satysfakcjnoujących mnie pasteli – znalazły się same, gdzieś w odmętach bułgarskich portali fotograficznych.
Dzisiejsze zdjęcia zrobione były w połowie lipca, i choć część była już wykorzystywana to nie wszysycy mieli je okazje zobaczyć.
Tego dnia włóczyliśmy się z Ewą pstrykając jej retro rower, okolice Dworca Morskiego i opuszczoną wieżę ciśnień.
I tyle.
Na koniec jeszcze zdjęcie Ewy przed użyciem pastelowej obróbki i po.
Myślę, że zdjęcie w pastelach ma to „coś”.
Ciekawy jestem kto, jako setna osoba, kliknie facebookowe „lubię to” ;)
Pozdrawawiam!
Późne Wieczory i Wczesne Poranki
Czujnym okiem obserwują mnie koty, jestem uzależniony od dźwięku migawki.
Beata
Ręce rozkładam – zamiast ust.
Ślady wieczoru zabieram do torebki kilku chwil i zapinam agrafką z szuflady pełnej ciebie.
Patrzysz jak szalony.
Z przyklejoną blizną nad lewym okiem i mną – na papierowym ciele.
Papieros.
Zaznaczam obecność dymem we włosach.
I w popielniczce nasiąkam burzą twoich oczu.
Dogaszam.
W imię syna.
Tego co zmarł patrząc jak długo.
Podchodzę – smugą tej ciszy co wcześniej.
Co teraz. co wtedy.
Nachylam się bielą i szept kładę na usta.
Śpisz. znowu.
Upycham twój zapach do nie-istnienia.
Napawam się nie-istnieniem bliskości.
Dopijam smak nocy – raz jeszcze, w filiżance czekania.
Papieros.
Dogaszam.
W imię ducha.
I patrzysz na mnie jak bóg, kiedy co wieczór wychodzę.
O świecie, kawie i dupie
Świat nie kręci się wokół mojej dupy, a jedynie dupa wokół świata i zachaczając o jego kanciaste brzegi tlucze się uroczyście.
Myślę sobie o soczystości tego wszystkiego, masohistyczne podejście do pewnych spraw myśleniowych bywa bardzo przyjemne, w moim przypadku porównywalne do kubka porannej kawy, który to umila mi wybudzanie się z nocnego omdlenia.
Jest druga w nocy.
Jestem skurwysynem, owszem.
Czarnoksiężnikiem, który za sprawą kilku słów sprawia znikanie i co?
I czuję przejmującą obojętność i chłód -oczywiście, że mi z tym dziwnie, wszystko działa w schemacie ogólnej świadomości,
ale świadomość tego stanu jest na tyle osadzona w niewiadomej,
że nawet nie próbuję tego zrozumieć. Nie potrafię.
Czasami nie dokańczam pewnych zdjęć, leżą sobie obrobione w przysłowiowej szufladzie niedotykane z racji przepełnienia szuflady innymi zdjęciami -i tak naprawdę wszystkie można nazwać bieżącymi.
Czasami zapominam o tych pierwszych.
Dlaczego?
Wyobrażam sobie, że to właśnie ja przesiaduję w fotelu na dachu, podczas gdy okolica tej przestrzeni jest zalana wodą.
Nie potrafię oddychać jednym człowiekiem, ciągle potrzebuję nowych, i takich samych jak ja.
Dlaczego?
Podobno egosita egoistę zawsze zrozumie.
Choć będzie starał się to zrozumienie po swojej stronie przytrzymać.
Oglądam filmy o sobie, o schematycznych samotnikach zamkniętych w czterech ścianach swojego umysłu, swojej przesyconej fantazji i nabrzmiałcyh, różnych podobnych, układających się w ciągłą samotność na własne życzenie wśród tłumu ludzi i dochodzę do wniosku, że musi stać się COŚ, abym i ja powieki ciut wyżej podniósł i w końcu zobaczył i przestał traktować ludzi, jak nie człowiek czasami.
W całych tych czarach to zazwyczaj ja znikam, jakoś po cichu, tylnymi drzwiami, często ściągając buty, żeby nikt oddalających się kroków nie usłyszał.
Nie, to nie jest odpowiedź.























































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































