Posts tagged “opuszczone

Migawki

Może trochę krótko i nie na temat.


Mały, biały domek …

Jestem czarodziejem ostatnio – na nic nie mam czasu, ale jeszcze żyje :)
Na zdjęciach opuszczony (a jakże!) domek, znaleziony pod koniec kwietnia pośrodku jakiegoś pola.
Więcej zdjęć: tutaj
Na nic więcej na razie nie mam czasu ;)
Pozdrawiam!


Bloczków Wytwórnia. Opuszczona.

W tak zwanym między czasie wsiadamy na rowery z Anną eM i zamiast jechać na odpusty wszelakie pod patronem Św. Wojciecha (żeby uzupełnić portfolio tytułowane mianem „reportażu”) – jeździmy po okolicach miejsca zamieszkania wyżej wspomnianej. W tak zwanym między czasie, bo czasu ostatnio okrutnie brakuje.
W miejscu ze zdjęć byliśmy kilka lat temu, ale dopiero w tym roku okazało się, że miejsca po sąsiedzku pilnuje „przesymaptyczna” pani dojrzałego wieku, która nie dość, że wygląda jakby była w zaawansowanej ciąży (brzuch jej wisi tuż nad kolanami) to jeszcze w kółko powtarza (niczym maszyna nakręcana na korbkę) „to teren prywatny, to teren prywatny…”. Nie dociera do poczciwej kobieciny, że już wychodzimy, więc dla pewności ciągnie ten swój brzuch jeszcze kilka metrów za nami („to teren prywatny, to teren prywanty…”), żebyśmy czasem, nie wiem, ściany nie ukradli?
Śmigamy potem polami na tych rowerach, chłonąc krople deszczu.
Brakuje mi wolnego od wszystkiego ;)

I raz jeszcze – wszystkich z Gdyni i okolic zapraszam na jutrzejszy wernsiaż „B-117″.
Startujemy o 19:00 w Klubie Filmowym „Żyrafa” na Waszyngtona 1.
Wstęp wolny oczywiście.
Pozdrawiam!


Migawki

Nastąpiło zupełne trwanie w przypadkowości chwili – i nawet nie wiem czy powinienem próbować nad tym panować.


Pieprzyki, trzy swetry i Katarzyna …

Katarzyna.
W ekologicznej torbie trzy swetry i malinowa herbata w termosie.
Bardzo pozytywny dzień!


Dworek w Wierzchucinie

Fascynujący jest człowiek typu patałach-cipa.
Najpierw pozwoli Ci taki parę zdjęć porobić, a kiedy już zaparkujesz samochód i znikniesz w odmętach fotograficznej ekstazy (między budynkami z aparatem) – dzwoni po szefa, bo w tajemniczych okolicznościach zniknąłeś i najpewniej coś kradniesz ze środka. I blokuje Ci samochód, żebyś czasem nie uciekł z zabytkowym oknem na plecach, czy przed chwilą co wyrwaną ze ściany umywalką. Chryste …
Równie fascynujący jest człowiek typu szef-patałach-cipa.
Bo przyjedzie taki (najpewniej oderwany od intensywnego spożywania obiadów, bo to godzina popołudniowa przecież) z naburmuszoną miną i policją straszy. Że niby co mi policja zrobi? Że niby teren prywatny i najście? Teren nie opisany jako prywatny, brama otwarta na ościerz, dwór zabytkowy, patałach-cipa pozwolił – to o co chodzi szefowi-patałachowi-cipie?
Ludzie tego typu doprowadzają do szewskiej pasji, takich powinno się gwałcić, mordować, gwałcić ich zwłoki, a potem rzucać kotom na pożarcie (z całym szacunkiem dla kotów).

Spokojnego tygodnia!


Ag w wannie


W Lublewie / Brzegiem Wyobraźni

W aktach historycznych po raz pierwszy wymieniono miejscowość w 1348 roku pod nazwą Grosse Lűblow.
W 1437 roku mieścił się tutaj majątek kaszubski.
Od 1568 roku do połowy XIX wieku wieś stanowiła lenno rodu Mach, a po wojnie całość przejął skarb państwa.

Dziś.
Aurelia kroiła pomarańczę bólu – a potem umarła na miłość.
Na parterze, linię pleców opierając o ciepły piec, zarumieniona Aurelia w kwadracie swoich dłoni list trzymała.
Parująca, jaśminowa herbata. Mruczący kot. Mała cisza. Wiatr.
Okna wiecznie były pozamykane, drzwi za duże, a słowa za brzydkie.

Ruszamy w niepełnym składzie z Wejherowa.
Każdy z prywatnie-osobistą latarką. Z kofeiną w plastikowej butelce.
Z naładowanymi akumulatorami w aparatch i nadzieją, że cała wyprawa naładuje też te akumulatory mentalne, aby idący nowy tydzień przetrwać.
W Lublewie, za sprawą mojej nieumiejętności czytania mapy, jesteśmy modnie spóźnieni, ale uśmiechnięci ;)
No i się zaczyna.
Okienko piwniczne w profesjonalny sposób przykryte jest kawałkiem materaca nieznanego pochodzenia. Podobnego pochodzenia jest rama okienna, kamień i żelazny pręt wbity w ziemię – które wylądowały w takim miejscu, abyśmy godnie i zachwoując zasady sawłarwiwru mogli wczołgać się do środka. Czołgaliśmy się jakby od niechcenia trochę, jakby przypadkiem – żeby czasem nikt nas nie zauważył i nie pomyślał sobie, że tak bardzo nam zależy na wejściu do środka.
Możnaby rzec, że tak naprawdę to cała nasza czwórka wpadła tym, źle zabezpieczonym okienkiem, do tej ciemnej piwnicy ;)
Po wpadnięciu okazało się, że w środku rewelacja !!!
Zazwyczaj, kończąc zdjęcia w tego typu przybytkach „almodóvarowskich orgazmów ocznych”, odczuwałem niedosyt. A tu proszę, aż mi się wylewało …
I cóż tu więcej mówić … ?


Prusewo

W to miejsce wrócić trzeba z modelką. Co uczynię, za jakiś czas ;)


Trzy lata temu / Szpital Dziecięcy

Trzy lata temu weszliśmy do tego szpitala wyłamanym oknem.
Wystarczyło podważyć framugę i wślizgnąć się do środka.
Z całej serii wykorzystałem może z dziesięć zdjęć, najwyraźniej reszta czekała na lepsze czasy.
To fragmenty moich dziwactw, o których przypomniałem sobie przy okazji obejrzenia Grave Encounters.
Pomimo tego, że kadry pochodzą z czasów mojej awersji do RAWów i tym samym jakość pozostawia trochę do życzenia, to cholernie lubię te zdjęcia!


Kotłownia B-117 / Teraz i Kiedyś

Najpierw otwierasz drzwi. A potem wybucha Wyobraźnia.

W każdym zapomnianym i opuszczonym miejscu tkwi potencjał.
Osobiście wszędzie widzę Lofty, gdzie wszechartysta-malarz-fotograf-grafik-cokolwiek tuż po wypiciu gorzkiej, czerwonej herbaty w przestrzeni kuchennej, nonszalancko i z wysoko podniesioną głową spływa schodami piętro niżej, do swojej pracowni. Taki wszechartysta-malarz-fotograf-grafik-cokolwiek musi być ubrany w luźne, poplamione farbą spodnie, z kieszeni których wystają pędzle albo inne narzędzia (w zależności od upodobań artystycznych wspomnianego). Taki wszechartysta-malarz-fotograf-grafik-cokolwiek powinien być rotargniony i z tego roztargnienia swojego powinien swoje prace układać w kątach pracowni, układać równolegle do okien wychodzących na północ, bo światło lepsze.
I takie wizje miewam za każdym razem, gdy wchodzę w niszczejące, zapomniane i w żaden sposób niewykorzystywane miejsca.
Martyna Cichocka zadzwoniła do mnie kilka tygodni temu, urzeczywistniając moje wizje.
W ramach dyplomu, stworzyła projekt zagospodarowania starej kotłowni B-117 na miejsce rezydencji artystów wszelakiej maści i narodowości. I choć dyplom obroniła celująco, to żadne z nas nie ma pojęcia, czy kiedykolwiek stara kotłownia zmieni się w owy fantastyczny projekt.
Na przełomie kwietnia i maja wspomniany dyplom Martyna zaprezentuje w Klubie Filmowym „Żyrafa”, prezentacja połączona będzie z wystawą zdjęć mojego autorstwa, właśnie z tego miejsca.
Spójne Teraz i Kiedyś. Z nadzieją, że Kiedyś nastąpi jak najszybciej :)

Na obejrzenie reszty zdjęć – z pewnością w przyszłości zaproszę :)


Ruchem powolnym

A nawet bardziej – ruchami powolnymi – sukcesywnie przenoszę archiwum z poprzedniego bloga, prowadzonego ze cztery lata. Można sobie zajrzeć w archiwum – momentami dorzucam większą ilość zdjęć, któryh wcześniej nie publikowałem, więc jest co oglądać :)


Nie bój się deszczu …

Dzisiaj bardziej obrazy, niż słowa.
Lubię przypadkowość takich wypraw. Wpadam z aparatem w miejsce, które wydawałoby się, znam bardzo dobrze – a w chwilę potem odkrywam coś nowego.
Na zdjęciach opuszczone: Dom Profilaktyczno-Zdrowotny w Orłowie i hotel Miaramar w Sopocie. Wyglądają już zupełnie inaczej, niż kilka miesięcy temu.


Opuszczone hale Polifarbu

Wstaje sobie człowiek po niewyspanej nocy, lezie z jeszcze przymkniętymi oczyskami do kuchni, żeby wodę wstawić na kawę i zza ściany słyszy, jak jego cudowna i wspaniała sąsiadeczka po sześćdzisiątce na cały głos ryja drze, że „biaałeeeego miiiisiaaaa … aaaaaa”.
No przecież przytuliłem się do tej ściany, żeby sprawdzić czy czasem, z tego porannego zaspania, w uszach mi się nie popierniczyło solidnie, ale gdzie tam „… on przypomni, przypomni …chłopca Ci…”.
Więc od godziny głośniki męczę Jelonkowym BaRockiem, żeby misiowo mojej sąsiadki smutno nie było ;)
Z resztą owa sąsiadka to w ogóla artystka jakich mało. Innym razem na cały regulator włączyła Wiolettę Villas i z rozlegle nagą górną częścią ciała wyszła na klatkę schodową, żeby potańczyć. Mówię całkowicie poważnie.
Mam jeszcze sąsiada-trąbkarza, która ćwiczy na tej swojej trąbce w najmniej odpowiednim momencie.
I sąsiadkę-pijaczkę, matkę wszystkich kotów na osiedlu – którejś bardzo mroźnej zimy, ubrana w zielone paputki zwane dalej kapciami i w eleganckiej sukni z odkrytymi plecami próbowała wejść po schodach na swoje piętro. Strasznie wtedy wiało na tym korytarzu, więc miała niemałe problemy z utrzymaniem równowagi ;) .
Potem przeturlała się po schodach wprost pod moje drzwi i turlała się tak intensywnie, że kiecka jej się podwinęła prawie pod szyję.
Miała na sobie dziwne pantalony. Judasz w drzwiach – dobra rzecz ;) :D

Dziś mała powtórka z ostatniej eksploracji. Eksploracja połączona z moim wyziewem artystycznym. Zobaczymy co z tego wyjdzie.


Czerń i Biel

Zamykanie się w prostokąty kołdry, zbiorowe samobójstwa i mała nuda uczesana w refleksy światła na ścianie.


Opuszczony peron PKP i współtowarzyszące

Ostatnio chłonę całym sobą takie miejsca. Albo one pochłaniają mnie.
W każdym bądź razie w jakiś przedziwny i tajemniczy sposób współegzystujemy.
Lubię taki stan.
I w nabliższym czasie nie zamierzam tego zmieniać.

Towarzyszył Paweł. Miałem napisać o nim coś głupiego, ale tym razem sobie daruję.
Z drugiej strony, uśmiech psychopaty z zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi na jego twarzy mówi sam za siebie ;)


Zakłady mięsne w Żukowie

Chyba robię się nudny i monotematyczny. Ze starości? I z obfitego przeziębienia, które pustoszy mój organizm ;)
I z racji tej swojej nudnej monotematyczności, na chwilę obecną, pozostanę w temacie opuszczonych miejsc.
Opuszczone zakłady mięsne w Żukowie, które odwiedziłem w minioną niedzielę.

I serdecznie zapraszam na stronę Trójmiejskiej Grupy Eksploracyjnej, której jestem współpomysłodawcą, współtwórcą i administratorem. Będzie mi bardzo miło, jeśli każdy kto tu zagląda kliknie facebookowe „Lubię to” na stronie 3GE. W dalszym ciągu poszukujemy chętnych ludzi do wędrówek po opuszczonych miejscach, im nas więcej – tym lepiej !


Mieszkanie w kolorze słońca

W kołysce z okruchów chleba płacze małe dziecko. Potem popołudnową ciszę tnie, namalowaną czerwoną farbą na ścianie, czerwoną dłonią i czerwonym spojrzeniem. Ludzie nie powinni umierać – nie z takimi emocjami, które układając się fragmentowo w szczelinach drewnianej podłogi, tworzą to Życie właśnie. Za dużo tego. Tworzysz zapachy i kształty, wspominając potem wszystkie zakręty, przy których szukano oddechów – głębokich, mocnych i namacalnych. Można być, być chaotycznie i z otwartym sercem, wpuszczając jesienne ptaki jutra, niczym przez okno. Czekasz. W pajęczynie zmarszczek, rozłożonej w prostokąty liczb, umiejętnie toczysz wymuszony uśmiech, złożony równiutko w kostkę. Dzień Dobry, mówisz, jestem tylko człowiekiem …


Gdańsk – o mrozie, patynie i innych

Od szóstej z minutami spożywam łapczywie, pierwszą tego dnia, kawę. Spożywam w kubku, który swoją pojemnością możnaby nazywać też małym wiaderkiem.
Kawa o tej porze z takiego wiaderka smakuje właśnie najlepiej i sympatycznie nakręca na dzień – a Dzień Ważny, wszak Święto Niepodległości.
Pomijając wszelkie porannie czynione toalety, spakowanie Nikodema, ułożenie gazu pieprzowego tuż obok wspomnianego w plecaku i przeproszenie się z termoaktywnymi kalesonkami, które grzeją kości tuż po wyjściu z domu – o ósmej znalazłem się na stacji SKM. Znaleźli się tam też Iza i Sławek – bo tak jakoś razem postanowiliśmy patriotycznie odwiedzić obrzeża Gdańska i poeksplorować niszczejące mięsne zakłady i budynki do nich przynależące. W drodze napadła na nas banda rozchichotanych harcerek i ta najwyższa i najbardziej rozchichotana, patrząc jednym okiem na mnie, a drugim na przejeżdżający samochód – wcisnęła nam biało-czerwone szaliki. Widząc naszą konsternację i głośno sapnąwszy pod nosem potwierdziła, że w prezencie i za darmo ;) I czy chcemy jeszcze wiatraczki, bo ładnie wiatrakują na wietrze. Nie chcieliśmy.

No to leziemy, jest zimno, trochę wieje i idę z przymkniętym lewym okiem, bo mi w nie bardziej zimno, niż w prawe. ;)
Zakłady mięsne, dementując plotki o ich zniknięciu z powierzchni ziemi, mają się świetnie – w dalszym ciągu grożą zawaleniem, kalectwem i śmiercią (Achtung! Achtung!) – a, że każde z nas odczuwa dziką satysfakcję przy mijaniu tego typu tabliczek, przyspieszamy kroku ;)

No i potem w stronę Elbląskiej, bo Piotrowskii sobie spontanicznie przypomniał, że coś tam widział wartego zobaczenia.
I już głodni trochę, trochę zmęczeni, ale uśmiechnięci i rozmawiający o pozytywach dnia dzisiejszego – śmigamy przez to miasto, które pod względem różnorodności architekturalnej kładzie Gdynię na plecy.

I uwaga !
Piotr usłyszał głos – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że owy głos pochodził z jego głowy.
Oczami wyobraźni zobaczył jednooką dziewczynkę, która przyduszając czarnego kruka (kruk w dziobie trzymał oko koloru zielonego) gorączkowo szeptała, „ja Ci dam, skurwysy…”. Piotr zatrzymał się w miejscu, głęboko zaciągnął się chłodnym powietrzem i spojrzał w niebo. Zauważył, że kilka metrów dalej nad jakimś budynkiem krążą kruki. Izabela zadrżała. Jej drżenie było bez znaczenia, bo i Sławek zadrżał – więc stojąc tak i patrząc bezmyślnie, drżeli we dwójkę, bo jakoś raźniej im było. Drżeć tak, w sensie. Piotr wyciągnął z pomiętej paczki papierosa i odpalił. Zamyślił się.
- Musimy iść tam … – powiedział powoli wypuszczając dym z ust i ruchem głowy wskazał cel ich wędrówki.
Ruszyli. Sławomir cierpiał, niewygodny but otarł mu stopę – ale był dzielny i mocno zaciskając zęby szedł za Piotrem i Izabelą.
Kiedy jednooka dziewczynka zniknęła, ich oczom ukazała się potężna, nadgryziona zębem czasu, kamienica. Nic nie wskazywało na to, że można do niej wejść, ale Piotr podszedł do drzwi i nacisnął na klamkę. Czas jakby stanął w miejscu. Izabela, powolnym i bardzo filmowym ruchem, odgarnęła kosmyk włosów z czoła, Sławomir równie powolnym ruchem założył kaptur na głowę. Drzwi do kamienicy były otwarte.

Mroczna klatka schodowa wołała o pomstę do nieba. Wszechpatyna osiadła na ścianach tworząc, odpadającą farbą, esy floresy.
Schody, przytrzymywane dwoma cieniutkimi palikami, mocno zaskrzypiały kiedy Sławomir, jako jedyny posiadający latarkę, ruszył i oświetlał drogę.

Na piętrze, w zamurowanej ścianie znaleźli dziurę przykrytą zmurszałą deską w kolorze krzyczącej bieli. Piotr wszedł jako pierwszy, dalej wstrzymująca powietrze w płucach, Izabela i Sławomir. Uderzył ich zapach stęchlizny, moczu i pochodnych układających się w niemile kojarzące się rzeczy. Mieszkanie było opuszczone.

Po kontemplacji dużego mieszkania, odkryciu nowej odmiany żółtego kalafioru w brudnym słoiku, martwego ptaka walczącego do końca swoich dni o wolność (i zapewne też o równouprawnienie) i innych, równie ciekawych rzeczy – Izabela odkryła tajemnicze drzwi za którymi były drewniane, równie tajemnicze i tajemniczo zakręcone systemem ślimakowym, schody. Obsypane róznymi obrazami, na których główną rolę odgrywały łabędzie w kresce podobne do psów rasy nijakiej.

Sławomir ponownie wyciągnął latarkę i zrobił pierwszy krok chcąc sprawdzić co kryje się za drzwiami na końcu schodów.
- Nie przejdziemy… – szepnął smutno – tu leży jakiś stół
- To go przestaw tak, żebyśmy mogli się przecisnąć … – warknęła Izabela, bo i ona była ciekawa co kryją te zielone drzwi.
Sławomir głośno westchnął i poprawił czapkę na głowie. Odsunął delikatnie stół, a po znalezieniu dziwacznej „przystołowej korbki” począł nią kręcić. Kręcił jak w amoku, zupełnie w taki sposób jak by od tego zależało jego życie. – Udało się … – szepnął pełen zadowolenia i wszedł wyżej. Piotr i Izabela zrobili to samo.
Stojąc tuż przy drzwiach, Sławomir pchnął je z całej siły. Od wewnątrz, jak się okazało, blokowała je sterta brudnych ubrań.
I wszystko działo się bardzo szybko.Zapachniało starością. Rozległo się szczekanie psa i wszysycy usłyszeli zachrypnięte i pijane „Co jest, kurwa?!” rozlegające się zza drzwi. Sławomir znieruchomiał. Zobaczył kobietę, potężną blondi-mutant. Kiedy ich oczy się spotkały, poczuł się nieswojo. Nie wiedział, czy za sprawą tego, że kobieta miała potężny wąs pod nosem i bardziej wyglądała jak męzczyzna, czy też dlatego, że akurat dzierżyła w dłoniach siekierę.
To był szybki odwrót, z racji tego, że tuż za Piotrem stała Izabela blokując drogę ucieczki – Piotr złapał ją w pasie i jakoś udało mu się wybiec z przewieszoną koleżanką przez ramię. Sławmomir odkrył w sobie talent do strusiego pędu i już nawet nie cierpiał z powodu obtartej stopy.
Wszysycy szczęśliwie znaleźli się na zewnątrz, uświadamiając sobie, że kamienica nie do końca była kamienicą opuszczoną przez lokatorów.

Czyli pozytywnie. Jak zawsze, z resztą.
I muszę wspomnieć, że ku niezadowoleniu wąsatego pana w okularach siedzącego w Mc Donald’s na przeciwko mnie, rozlałem całą Latte.
Rozlałem przypadkiem i gdzie się tylko dało. :)
No to pozdrawiam! :)


Przebudowa Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni

Na tym terenie, co to się rozrasta monstrualnie owy Park, stały kiedyś magazyny Zakładu Komunikacji Miejskiej. Albo może były to jakieś stacje naprawcze, tudzież zajezdnia? To jest nie ważne :)
Ważne, że zanim wszystko zostało sprzedane pod inwestycję i zburzone – zdąrzyłem wleźć jakoś wybitym oknem do środka i zrobić zdjęcia.
To jedno z bardziej fascynujących miejsc tego typu, w którym byłem – może za sprawą mnóstwa pozostawionych tam przedmiotów?
Zupełnie tak, jakby dosłownie ludzie przed chwilą opuścili to miejsce…
Byłem tam w połowie czerwca tamtego roku.

Wspomniany czerwiec był wtedy bardzo gorący – ze środka wyszedłem nieziemsko przepocony.
W pobliżu znajdował się jeszcze tajemniczy budynek, w którym kiedyś mieściła się chyba jakaś kotłownia czy coś w tym stylu.



I w ten oto sposób wyszedłem ze zdjęć, które czekały na owe wyjście ponad rok czasu. Dziękuję, miło mi ;)


Były węzeł łączności dowództwa Marynarki Wojennej

Ten dzień miał wyglądać trochę inaczej, ale bywa tak, że nie zawsze jest tak jak sobie to zaplanowaliśmy – ba! czasami jest nawet lepiej ! ;)
Najpierw powstała wersja, że Sławek, Iza, Ania i ja spod nowoczesnych orłowskich centrów handlowych udamy się w stronę jesiennych mórz bałtyckich.
W drugiej wersji, którą musieliśmy przyjąć ze Sławkiem bez mrugnięcia okiem, Izie zjechali się goście „wszystkoświętowi” i musiała ich ugaszczać, a Ania tuż po zaspaniu na nasze spotkanie, w zaciszu własnej domowej łazienki walczyła z ogólnym wkurwieniem na świat i opakowaniem podpasek ze skrzydełkami ;)
Całkiem spontanicznie Sławomir K. rzucił hasło w stylu „blablabla opuszczone blabla” – i już samo słowo „opuszczone” sprawiło, że moja twarz wykrzywiła się w przeszerokim uśmiechu. Na początku pełni siły i energii wszelkie miejskie góry obsypane domkami jednorodzinnymi po bokach pokonywaliśmy z przysłowiowym palcem tu i ówdzie.
Ale zanim o docelowym miejscu i wyznaniu uczucia Chwilowej Nienawiści dla Sławomira K. kilka zdjęć z przypadkowo spotkanej chatki, która okzała się kolejnym miejscem bezdomnych. Tym razem nawet z bezdomnym w roli głównej, śpiącym pod brudnym prześcieradłem. Projekt „Bezdomność” powolutku rośnie.

Sławomir K. to na codzień ogarnięty człowiek, którego orientacja w terenie w skali od jeden do dziesięciu wynosi zero ;)
Dlaczego? Stoimy więc sobie na krawędzi jakiegoś grabówkowo-chylońskiego osiedla, na polno-leśnym skrzyżowaniu i wspomniany Sławomir K. przekonany o wyższości swojej pamięci nad moją pamięcią (przecież sprawdził google earth przed wyjściem z domu!) włazi w lewą leśną ściężkę. I tym oto sposobem błądzimy trochę przez najbliższe dwie godziny, spotykając dziwnych „leśnych” ludzi, którzy na pytanie o opuszczoną jednostką wojskową albo, patrząc nieobecnym wzrokiem w korony drzew, mówią, że nie mają pojęcia albo kierują nas na czterystostopniowe schody, na końcu których okazuje się, że owszem jest jednostka, ale nawet w najmniejszym stopniu nie jest jednostką opuszczoną. Jestem pewny, że Sławkowi jeszcze nikt tyle razy w ciągu jednego dnia nie wyznał „nienawidzę Cię!”. Taki ostatni wysiłek fizyczny pamiętam z czasów przedszkola, bo potem to się oszczędzałem ;)
Kiedy w końcu okazało się, że w pukncie wyjściowym trzeba było pójść w prawo i przejść kilkadziesiąt metrów (powtórzę:kilkadziesiąt metrów!), żeby znaleźć się na miejscu – z wywieszonymi jęzorami i prawie czołgając się na czworaka ze zmęczenia w końcu znaleźliśmy. Widok tych wszystkich budynków zrekompensował nam te ciągnące się pod górę godziny.

Były węzeł łączności dowództwa Marynarki Wojennej, nazywany ogólnie opuszczoną jednostką wojskową. W pierwszym dyptyku rzeczony Sławomir K. – oficjalny sponsor mojej okrutnej zadyszki powstałej na skutek wdrapywania się na leśne wzgórza , moje płuca też Cię znienawidziły ;)

Wszystko dzięki Sławkowi właśnie, dlatego też obiecałem sobie, że wcale kolegi nie zablokuję na gg i facebook’u w akcie zemsty za ten dwugodzinny, okupiony litrami potu, „spacerek” po lesie. Niech Ci będzie wybaczone ! ;)
Było bardzo pozytywnie !


Bastet

O Bastet mógłbym napisać historię rodem z zagranicznych, niszowych filmów o trudnej sztuce miłości.
Mógłbym ją napisać i zastanawiać się czy ta historia, aby na pewno jest prawdziwa.
I czy na pewno zdarzyło mi się spotkać tę kobietę.
Poznaliśmy się kilka lat temu w jednej z rosyjskich restauracji, gdzie Bastet śpiewała stare piosenki Edit Piaf kulejącym francuskim.
Dość absurdalnie.
Tuż po jej występie wyciągnąłem aparat, żeby pstryknąć zdjęcie i w tym momencie ona powiedziała coś w stylu „Ja haczu jeszczo…”, co miało najwyraźniej znaczyć, że chce jeszcze i więcej.

Bastet była jak kot – piękna, niezależna.
Nasza znajomość była bardzo krótka, aczkolwiek intensywna.
Po tych zdjęciach, już nigdy więcej jej nie spotkałem.

;)

Zdjęcia przeleżały na komputerze kilka lat.


I Bóg …

I Bóg stworzył koty niebieskie, nieczułe i zimne, flegmatycznie przyglądające się ogółowi.
Moja rzeczywistość jest w chwili obecnej powyginana, mieści się w łupinie jednego słowa, może dwóch.


Kawałki Oksywia Opuszczonego

Gdybym chciał jakoś prawo połamać to oczywiście wtargnąłbym bezczelnie, forsując zardzewiałą bramę prawym lub lewym barkiem (w zależności od upodobań, oczywiście).
Ale z racji faktu, iż brama stała szeroko rozpostarta na moje owe przybycie – jako takie połamania prawa nie miały miejsca. Kątem oka nie zauważyłem tej monstrualnej tablicy w kolorze słonecznym z napisem, że teren wojskowy, prosimy nie wchodzić, ba! nasz snajper zabija po zrobieniu trzech kroków, wszak owa tablicę przykrył krzak białego bzu, i oślepiało mnie słońce, którego kolor zlewał się z kolorem tablicy i w ogóle to koty po dachu chodziły, rozpraszając. I generalnie bardzo lubię tabliczki typu „Wstęp wzbroniony”, przechodzenie tuż obok takiej tablicy budzi zawsze jakąś taką ekscytację całą sytuacją.
Moim oczom ukazał się opuszczony magazyn, w którym swego czasu mieściła się jakaś drukarnia.
I moje oczy stały się wyłupiaste z zachwytu.

W jednym z pomieszczeń znalazłem drewniany, rosyjski rzunik tudzież kopiarkę do stykówek – sam jeszcze nie wiem :)

A żeby było śmieszniej miejsce to znalazłem kilka kroków od domu mojej osobistej rodzicielki.